Czy wiecie, że zgodnie z literą
prawa do niedawna Paryżanki nie mogły nosić spodni? A czy szukacie sposobu na
polepszenie swoich (lub cudzych:)) umiejętności rozumienia ze słuchu i
poszerzenia zasobu francuskiego słownictwa? Jeśli na pierwsze pytanie
odpowiedzieliście „nie” (lub „tak”), na drugie „tak”, „raczej tak” lub „czemu
nie”, a dodatkowo lubicie krótkie, niezobowiązujące ćwiczenia, pozwalające na
lepsze zrozumienie krótkiego, ciekawego materiału filmowego, to pozwólcie sobie
polecić „7 jours sur la planète” emitowany przez TV5 MONDE.
czwartek, 14 lutego 2013
niedziela, 3 lutego 2013
Moje francuskie lektury - preludium.
Całkiem niedawno udało mi się
przeczytać książkę. Nie, żeby zdarzało mi się to jakoś wyjątkowo rzadko, więc
teoretycznie nie ma się czym ekscytować – ale jednak troszkę się podekscytowałam, ponieważ książka ta była napisana po francusku. Nie był to
póki co Proust ani nawet Balzac, przyznaję, niemniej jednak i tak poczułam
pewną satysfakcję, no bo w końcu był to mój pierwszy raz sam na sam z
literaturą w języku Moliera. Oczywiście, nie był to również Molier. Na pierwszy
ogień poszedł natomiast znany wszystkim uroczy łobuziak czyli „Le Petit Nicolas”.
czwartek, 24 stycznia 2013
Język francuski dla początkujących - Maria Szypowska (Wiedza Powszechna)
Od kilku tygodni zbieram się do
napisania małej recenzji książki z serii „Język francuski dla początkujących”,
autorstwa Marii Szypowskiej, a wydanej przez Wiedzę Powszechną dawno, dawno
temu, w 1990 roku, w serii zatytułowanej „Uczymy się języków obcych”. Internet
naucza, że istnieją też późniejsze wydania, najnowsze wypatrzyłam z 2004 roku,
ale czy są tam jakieś istotne zmiany, tego nie wiem. Chciałabym też podkreślić, że
do tej pory dotarłam dopiero do lekcji 35-tej, a jest ich w sumie 60, więc
możliwe, że na koniec moja opinia ulegnie pewnym modyfikacjom, ale gdyby tak
się stało, nie omieszkam zweryfikować tej recenzji.
środa, 16 stycznia 2013
Le tourbillon de la vie.
Dzisiejsza notka będzie mieć dość
luźny związek z nauką, ale idea zażyłego związku z językiem francuskim zostanie
oczywiście zachowana. Chcę bowiem napisać trochę o filmach – a w zasadzie o jednym
filmie – i trochę o muzyce – a w zasadzie o jednej piosence.
Jakiś czas temu mój mężczyzna, wielki
amator kina, a przy okazji również muzyki filmowej, zaproponował mi obejrzenie
paru filmów francuskiego reżysera, który zwie się François Truffaut i znany
jest jako jeden z prekursorów tak zwanej nowej fali (La Nouvelle Vague). Jak się można spodziewać, ochoczo przystałam na
ten pomysł i to nie tylko dla przyjemności posłuchania, jak aktorzy mówią po
francusku, ale też ze snobistycznej potrzeby dokształcenia się z dzieł, które najwyraźniej
intelektualny snob powinien znać (zwłaszcza, że się już kiedyś zaczęło zaznajamiać
z nową falą za sprawą Godarda) ;) W ten oto sposób w krótkich odstępach czasu obejrzałam
„Miłość Adeli H.” (L'Histoire d'Adele H. - o obsesyjnej namiętności
córki Victora Hugo do pewnego ślicznego oficera), „Czterysta batów” (Les
quatre cents coupe), który szczególnie przypadł mi do gustu, choć jest raczej
gorzki mimo iż momentami zabawny, oraz film „Jules i Jim” (Jules et Jim) – o którym to właśnie zamierzam napisać parę zdań
więcej.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Musztarda po obiedzie czyli najbardziej denerwujący sos świata.
Ostatnim razem gdy nastała pora
wyruszenia na lektorat uznałam, że jednak za brzydko, za zimno, za mokro i w
ogóle że niemal godzinna podróż z przesiadką przez zakorkowane ulice to nie
jest to, na co mam ochotę. O ileż przyjemniej będzie zostać w domu i – dla odmiany!
:) – pouczyć się francuskiego. O tym, czego się dowiedziałam, śpieszę donieść,
bo może Was to zaciekawi.
sobota, 29 grudnia 2012
Czy zimą warto jechać na lektorat na drugi koniec miasta? :)
Już od dawna noszę się z zamiarem
odkurzenia nieco tego bloga, ale problem jest zawsze ten sam: zamiast pisać o
nauce francuskiego – wolę uczyć się francuskiego. Ewentualnie mogę jeszcze przyrządzać
francuskie potrawy (niedawno zmierzyłam się z boeuf bourguignon, które wyszło
smakowite, delikatne i zniknęło z talerzy gości o wiele szybciej, niż trwało
przygotowanie owej uczty) albo czytać francuskie powieści (przed chwilą właśnie
skończyłam z „Nędznikami”, przez których brnęłam powoli i z mozołem po to by
odkryć, że pochłonęłam ich w dwa tygodnie, praktycznie nie mogąc się oderwać).
Ostatnio zastanawiam się, jak
długo jeszcze moja metoda nauki będzie przynosić właściwe efekty i czy
zagłębiając się w bardziej skomplikowane zakamarki gramatyki bez gruntownego
wkucia na pamięć tego, co jest wcześniej, nie odkryję nagle, że czerpię wodę
sitkiem. Ale póki co nadal wierzę, że mogę się nauczyć francuskiego trochę jak
dziecko, otaczając się nim ze wszystkich stron, czytając, słuchając i
powtarzając nie „w kółko”, tylko natrafiając na znajome informacje w co raz to
nowych miejscach. Jedynym problemem, którego jeszcze nie rozwiązałam, jest
kwestia samodzielnego mówienia i pisania. Mam opory przed płodzeniem dłuższych
wypowiedzi, zwłaszcza pisemnych, w obawie że będę utrwalać błędy, których w
ogóle nie zauważę. Od października bywam więc raz w tygodniu na lektoracie –
korzystając z darmowych żetonów na ten cel, zaoferowanych przez uczelnię. Ale
gdyby ktoś mnie zapytał, czy na lektoracie można się nauczyć języka, odpowiem
szybko i stanowczo – NIE.
środa, 7 listopada 2012
Francuski ze słyszenia – czyli kiedy zacząć słuchać radia i oglądać filmy bez napisów?
Na początek mały truizm:
rozumienie francuskiego ze słuchu nie jest rzeczą łatwą. Wiadomo: nie słychać
niemal połowy tego, co jest na papierze, a jak już słychać, to wiele różnych
słów brzmi niemal tak samo. Albo to samo słowo brzmi inaczej w zależności od
tego, jakie jest następne słowo. Do tego Francuzi mówią szybko i dużo skracają,
tak że ich mowa zdawać się może kompletnie niemożliwa do zrozumienia. Pojawia
się zatem pytanie, kiedy zacząć słuchać długich wypowiedzi, żeby to miało
jakikolwiek sens poza rozkoszowaniem się brzmieniem francuskiego szczebiotu?
Subskrybuj:
Posty (Atom)