Z okazji odrobiny wakacji
postanowiłam ogarnąć nieco nieład jaki udało mi się stworzyć od czasu, gdy
zeszłorocznej wiosny podjęłam naukę francuskiego. Na nieład ów składa się mnóstwo
różnego rodzaju materiałów do nauki, które dotychczas przewinęły się przez mój
warsztat – zarówno tych, które na stałe gościły w moim repertuarze, jak i te, które znalazłam, spróbowałam i
odłożyłam w kąt szafy albo zepchnęłam gdzieś w mroczny głąb folderu
„Francuzeczki i Francuziki”. Podczas tego sortowania wpadło mi w oko parę
rzeczy z poziomu początkującego, które swego czasu były dla mnie użyteczne i o
których warto by było co nieco napisać, ku pamięci i dla przyszłych pokoleń :)
W szczególności, że ze statystyk wynika iż spora część Czytelników trafia na
tego bloga szukając czegoś, co pasowałoby do frazy „francuski dla
początkujących”.
piątek, 16 sierpnia 2013
sobota, 10 sierpnia 2013
Nie samym francuskim człowiek żyje, czyli skąd się bierze chleb.
Od czasu do czasu korci
mnie, żeby pouprawiać trochę blogaskowego ekshibicjonizmu i
uchylić rąbka tajemnicy na temat tego, co robię, kiedy nie uczę
się francuskiego. Szybko jednak się opamiętuję i uświadamiam
sobie, że to by nie miało sensu, bo przecież uczę się
francuskiego praktycznie cały czas! Mimo wszystko wymyśliłam
sobie, że stworzę taką kompromisową notkę, która będzie niby
trochę o mnie, ale jednak o francuskim. W związku z tym
postanowiłam Wam opowiedzieć o moim nowym zajęciu, które
wyeliminowało z mojego życia konieczność porannego przekomarzania
się z mężczyzną na temat tego, kto idzie do sklepu po chleb.
Opowieść, jak na tematykę bloga przystało, będzie oczywiście po
francusku, zwłaszcza że ostatnio zmagam się z systematyzowaniem
wiedzy na temat wszelkich możliwych zaimków: w teorii wszystko jest zrozumiałe, w praktyce zawsze pojawia się mnóstwo zawahań i wątpliwości. Muszę więc ćwiczyć, ot co.
środa, 7 sierpnia 2013
Brak mi słów, czyli o wadach i zaletach słowników... słów kilka :)
Zastanawiam się, jak
bardzo kontrowersyjnie zabrzmi w uszach wszelkich pasjonatów języków
obcych moje wyznanie następującej treści: nie posiadam ani jednego
tradycyjnego, papierowego słownika, ani do francuskiego, ani do
żadnego innego języka. Uważam takie słowniki za niewygodne,
zajmujące zbyt wiele miejsca na półkach (które można by zapełnić
innymi książkami) i jestem zdania, że można się efektywnie uczyć
języka obcego bez wcześniejszego zgromadzenia wokół siebie kilku
tego rodzaju opasłych tomów.
środa, 31 lipca 2013
A może by tak coś obejrzeć, hm? Cap ou pas cap?
Ze wszystkich możliwych
ćwiczeń wymuszanych na mnie ongiś w szkole na lekcjach języków
obcych zawsze najbardziej bałam się tych związanych z rozumieniem
ze słuchu. Nie cierpiałam tego, że nagrania były dla mnie za
szybkie, że zwykle nie udawało mi się wyłapać kluczowych
kwestii, no i denerwujące było to, że inni jakoś sobie z tym
radzili. Albo sobie nie radzili tak samo jak ja, ale marna to była
to pociecha, bo przecież ktoś musiał odpowiedzieć później na
pytania nauczycielki.
Dlatego też obecnie nie
mogę wyjść z podziwu dla siebie za każdym razem gdy sobie
uświadamiam, że rozumienie ze słuchu to płaszczyzna, którą
najbardziej lubię rozwijać w swojej nauce francuskiego, ba, mało
tego, naprawdę widzę u siebie coraz większe postępy. Jak to
możliwe?
Myślę, że dużą
zasługą jest wyzwolenie się z okowów szkolnych lekcji, a także
kursów językowych, które zwłaszcza we wczesnej młodości budują
w nas przekonanie, że to tam mamy się wszystkiego nauczyć i że
wystarczy zestaw podanych na tacy ćwiczeń, żeby zaliczać kolejne
etapy i przechodzić na kolejne poziomy zaawansowania. Parę lat temu
chodziłam do szkoły językowej na angielski i pamiętam, jak
denerwowało mnie, że native tak się spinał, że musimy uczyć się
sami w domu, słuchać radia i czytać książki, bo dwie lekcje w
tygodniu to za mało. To po co płacę za kurs, skoro i tak mam się
uczyć w domu?
No właśnie. Ale to
temat na inne rozważania :)
Tymczasem zmierzam do
tego, że nie da się nauczyć rozumienia ze słuchu nie słuchając,
a dwa nagrania w miesiącu to trochę za mało, żeby się oswoić z
melodią języka. I to zapewne był mój główny problem w szkole,
gdzie co prawda od zawsze się powtarza, że nie nauczymy się jeśli
nie będziemy dodatkowo pracować sami w domu, ale już nie daje się
wskazówek odnośnie tego, w jaki sposób pracować i przy użyciu
jakich materiałów.
czwartek, 11 lipca 2013
(Ne) prends (pas) garde à ta langue.
Od
tygodnia konsekwentnie podróżuję tramwajami z piosenkami Zaz w
uszach; do tej pory zdarzało mi się jej słuchać od czasu do
czasu, ale ostatnio postanowiłam wsłuchać
się dokładniej w jej debiutancką płytę, która przypadła mi do
gustu przede wszystkim za sprawą żywych, jazzowych aranżacji. I
gdy się tak wsłuchiwałam, nadstawiając ucha i próbując
zrozumieć o co chodzi, wpadłam na pomysł, żeby spróbować spisać
każdą piosenkę, oczywiście bez wcześniejszego zaglądania do
tekstu.
Poczuwszy
potrzebę jak najszybszego wprowadzenia pomysłu w życie
entuzjastycznie zasiadłam do komputera, założyłam słuchawki na
uszy, chwyciłam długopis w garść i mając w pamięci całą
teoretyczną wiedzę wyniesioną z niegdysiejszych zajęć z
fonoskopii (która oczywiście była w tym wypadku prawie
nieprzydatna) zabrałam się do pracy. Postanowiłam
spisywać po jednej piosence dziennie, żeby móc odpowiednio się
przyłożyć i uniknąć przeskakiwania po łebkach do ulubionych
kawałków.
poniedziałek, 1 lipca 2013
Czy francuski jest trudny?
Powyższe pytanie jest
oczywiście tanią zagrywką, mającą sprowadzić na mojego blogaska
nieszczęsne duszyczki, które za pomocą Googli próbują rozwiać
gnębiącą ich niepewność. Ale skoro już tu trafiłaś, duszyczko
– oraz Ty, stały czytelniku, w którego istnienie wierzę –
zechciej odprężyć się przez chwilę przy moich luźnych
dywagacjach na zadany temat. A może i wtrącisz swoje trzy grosze na
koniec?
Pozwólcie mi rozpocząć
od pewnej ogólnej deklaracji, która rzuci nieco światła na moje
stanowisko wobec poruszanego problemu. Niniejszym uroczyście
oświadczam, że mam alergię na puste frazesy udające aksjomaty, a
od nieprzemyślanego powtarzania banałów dostaję swędzącej
wysypki. Niektóre powielające stereotypy zdania są tak
wyświechtane, że się robi słabo na ich widok i od razu wiadomo,
że to myślowe kopiuj-wklej.
Jednym z takich
stereotypów jest stwierdzenie: francuski to bardzo trudny język.
wtorek, 18 czerwca 2013
Muszkieterowie: 13 lat później. Oraz podręczny zbiór słów mniej lub bardziej obraźliwych.
Z lęku przed tym, żeby
wszyscy dookoła nie zapomnieli, jakim jestem przebrzydłym snobem,
rozgłaszam ostatnio wśród znajomych mimochodem, że porzuciłam
czytanie książek w języku polskim i obecnie czytam jedynie po
francusku, no, ewentualnie jeszcze po angielsku. I nawet jest to
prawda, ale po cichu przyznam, że nie bardzo jest się czym chwalić,
bo po prostu czytam dość mało, a skoro już jakoś znajduję na to
czas (głównie w tramwajach i na zajęciach), to postanowiłam
łączyć przyjemne z pożytecznym i dawać sobie jak najwięcej
możliwości do nauki francuskiego.
Ostatnio rzeczywiście
zaczęło się to robić niemal tak samo przyjemne jak i pożyteczne,
bo wreszcie w moim repertuarze zaczęły się pojawiać książki, po
które sięgnęłabym z własnej woli również po polsku. Niniejszym
śpieszę przedstawić moje czytelnicze osiągnięcia z ostatnich
kilku miesięcy wraz z przemyśleniami na temat tego, czy to lektury
bardzo trudne, czy niezbyt i czy w ogóle warto zawracać sobie nimi
głowę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)