sobota, 9 lipca 2016

Jak zacząć samodzielną naukę francuskiego? - Mały poradnik dla ludzi bez obsesji.

Mglista idea tego wpisu chodziła za mną od lat i w głębi serduszka myślałam, że nigdy on nie powstanie. Do tej pory nie miałam na niego pomysłu, zwłaszcza że sama zaczynałam naukę w warunkach nietypowych: miałam dużo wolnego czasu i zapał graniczący z obsesją, łapałam więc wszystko co się tylko mogło nadać do nauki, zaczynałam milion metod naraz, siedziałam nad francuskim codziennie godzinami i gdy przestawałam, to nie mogłam się doczekać, kiedy znowu zacznę. Od początku czułam, że zwykli ludzie chyba tak nie mają i na nic im pycha-rady typu: poświęć się bez reszty francuskiemu, a rychło się nauczysz.
A teraz nagle pomysł na ów wpis wreszcie się wyklarował, a to za sprawą dwóch czynników: po pierwsze, zmanipulowałam matulę, żeby zaczęła się uczyć francuskiego i w związku z tym musiałam jej zaproponować jakieś materiały, a po drugie, sama nieśmiało zabrałam się za kolejny język i staram się korzystać ze swoich dotychczasowych doświadczeń, tak żeby stworzyć jak najskuteczniejszy system nauki. Tym razem mam mało czasu i umiarkowany zapał, a moim celem jest w miarę sprawna, rzetelna nauka i dojście do jakiegoś w miarę komunikatywnego poziomu w okolicach literki B. Taka postawa zbliżona do przeciętnej pozwoli być może na sformułowanie kilku uniwersalnych porad odnośnie do tego, jak ugryźć naukę języka obcego – z naciskiem na francuski, oczywiście.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Lyońskie obrazki, lyońskie słowa, migawki z przypadkiem odwiedzonej Francji.

W poszukiwaniu inspiracji postanowiłam udać się do Lyonu, wiadomo bowiem, że nic tak nie zachęca do konwersacji po francusku, jak jakiś porządny Francuz. W Krakowie ich jakby niedostatek, należało więc udać się do źródła, korzystając ze spontanicznych zakupów na easyjet, który niedawno zaproponował naprawdę tanie bilety. No i ta obietnica nieco bardziej południowego słońca, gdy w Polsce nadal rządziły deszcze, wiatry, chmury i smog, była nie do pogardzenia.

Szybkie zdobycie przewodnika po Lyonie okazało się niestety niemożliwe (może zresztą za mało się starałam), polecieliśmy więc trochę w ciemno, licząc na to że na miejscu jakoś się zorientujemy, co wypada zwiedzić, a resztę weekendu zapełnimy bagietkami, restauracyjkami, milionem zdjęć i radością na widok słońca. Na szczęście nasza gospodyni, od której wynajęliśmy mieszkanie przez airbnb, przygotowała nam kilka folderów z informacjami dla turystów i nieskończenie długą listę knajp, których odwiedzenie nie powinno nas rozczarować. Już pierwszej nocy wyruszyliśmy więc w miasto...

Powiem Wam, że jak na dwa dni w miejscu, w którym nikogo nie znamy, przytrafiło nam się stosunkowo dużo interakcji z tubylcami – okazali się o wiele bardziej zaczepni, niż Paryżanie ;) Po zaledwie dwóch godzinach w Lyonie, gdy tylko udało nam się znaleźć miejsce w restauracji (co w porze kolacji nie było wcale łatwe), zagaiła nas jakaś sympatyczna para przy stoliku obok, częstując nas winem i wdając się w pogawędkę. Jak się okazuje, każdy ma jakichś znajomych z Polski :) Interakcji było zresztą więcej – jakiś facet na ulicy poczuł potrzebę wdania się w dyskusję na tematy egzystencjalne i bardzo chciał, żebym odebrała jego telefon i zrobiła psikusa niejakiej Mathilde. Jakiś chłopak chciał, żebym była Marie, na którą czekał, ale niestety jego też musiałam rozczarować. Inni zaczepiali, krzyczeli coś czego szczęśliwie nie rozumiałam, pytali o drogę, cały czas wystawiając mój francuski na próbę. I wiecie co? Rozmowy z Francuzami wcale nie są takie trudne.

Najtrudniejsze jest wybieranie jedzenia z menu.

Okazuje się bowiem, że moje słownictwo – wcale nie takie ubogie! - nie obejmuje konkretnych potraw, kończy się na składnikach i ogólnych rodzajach dań, zupa, kotlet, naleśniki, makaron, takie tam. Na szczęście jakieś tam nazwy przewijają się jednak w podręcznikach i programach do nauki, czasem też dodadzą rodzaj zwierzaka do fikuśnego określenia kawałka mięsa, można się więc domyślać, co to będzie. Jedno na dziesięć dań dało się więc rozpoznać, niestety, moja przewrotna natura zawsze chciała sięgać po to, czego nie rozumie. Raz zamawiając bavette dostała stek i była zadowolona, a raz zamówiła andouillette...
Nie wiem, może ktoś z Was akurat lubi andouillette, nie będę więc wszystkich odwodzić od spróbowania tej, jak się zdaje, popularnej w Lyonie potrawy, wyjaśniam jednak, że była to kiszka naładowana flakami :P Z początkowego entuzjazmu: "O, zjem coś nowego, przecież to nie może być niedobre!" już w połowie przeszłam do: "Ok, weźmy już deser". Na wszystkie smutki wyśmienite okazało się jednak czerwone wino z apelacji Crozes-Hermitage, produkowane głównie z odmiany syrah (niestety, na lotnisku zbyt szybko przeszliśmy przez kontrolę graniczną, a potem już nie dało się wrócić do sklepiku po jakąś pamiątkową butelczynę).

Pozostając w tematyce jedzenia, niektóre francuskie obyczaje restauracyjne niezmiennie mi się nie podobają. Odmowa podania samej kawy w porze obiadowej, no dobrze, już się z tym pogodziłam, choć to jest moja ulubiona pora na kawę, a nie na obiad. Natomiast w porze kolacji, porządnie głodna, zapragnęłam zjeść słodkiego naleśnika i wypić dużą kawę, zasiedliśmy więc przy stoliku, potem pozwoliliśmy się przesadzić, potem doczekaliśmy się kelnera, żeby ostatecznie usłyszeć, że o tej porze nie podadzą mi samego deseru. Słodka kolacja nie, słodkie śniadanie tak – czyż to nie szaleństwo? Pomijając fakt, że naleśnik z lodami i z kawą wychodził drożej, niż danie plus darmowa woda, więc to nie tak, że by im się nie opłaciło. Ale jednak zasady są ważniejsze, poszłam więc spać głodna, moja figura na pewno jest mi wdzięczna po dziś dzień!

No ale przecież nie tylko o jedzeniu miałam pisać, czas na parę słów o samym Lyonie, którego zwiedziliśmy mały kawałek. Codziennie przemierzaliśmy tam i z powrotem mosty na Rodanie i na Saonie, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy w jakiejś alternatywnej wersji Paryża i spacerujemy nadsekwańskim bulwarem. Gdybyśmy się nagle, nie stąd, ni zowąd, obudzili nad rzeką, w tle widząc konstrukcję La Tour Métallique de Fourvière – która znacząco przypomina górną część Wieży Eiffla – trudno byłoby nam uwierzyć, że oto nie znaleźliśmy się w stolicy. Lyon jest jednak spokojniejszy, mniej zatłoczony, nieco czystszy, a krążąc po jego zakamarkach czułam się już bardziej jak w małych południowych miasteczkach. Z okna mieszkania mieliśmy natomiast widok na Sacré-Cœur... albo raczej na bazylikę Notre-Dame de Fourvière, wzniesioną na wzgórzu w podzięce Dziewicy za ocalenie przed jakąś – nie pamiętam, przepraszam – inwazją wojenną. 


Pamięć już nie ta, pobuszowaliśmy więc po sklepach w poszukiwaniu pamiątek – M. polował na płyty z muzyką, ja zaś, odkąd obejrzałam film „Le Chat du Rabbin”, miałam wielką ochotę zdobyć komiksy o rabinowym kocie. W Polsce też go można dostać, ale niestety, tylko w polskiej wersji językowej. Tymczasem zaopatrzyłam się w trzy pierwsze części i jeśli wena kiedyś nadejdzie, napiszę Wam o nich parę słów. Ech, zazdroszczę Francuzom tego bogactwa komiksów!


Czego jeszcze można Lyonowi pozazdrościć, to położonego w samym centrum miasta Muzeum Miniatur i Kina, które już na wstępie gorąco Wam polecam i śpieszę tłumaczyć, dlaczego. Przede wszystkim dlatego, że jest naprawdę ciekawe, żadne tam kiwanie głowami nad zamierzchłymi dziełami sztuki, tylko sprawy bliskie sercu współczesnego człowieka – czyli kino. Po drugie, zbiór eksponatów jest naprawdę pokaźny, po trzecie zaś – są to rekwizyty, które były naprawdę wykorzystywane na planach filmowych, a które właściciel tego przybytku skupuje, gromadzi i prezentuje w sposób, który robi wrażenie. Ekspozycje, czasem wielkości całych pomieszczeń, drobiazgowo wypełnione dekoracją z filmu, podsycane adekwatnymi zapachami (to akurat o „Pachnidle”), do tego sporo opisów zdradzających filmowe triki, a dla prawdziwych fanów, uwaga, uwaga, werble – tadadadam! - najprawdziwsza królowa Obcych, ruchoma, rycząca, przykuta łańcuchami żeby nie krzywdzić turystów, skąpo oświetlona, mroczna i straszna. Wiadomo, że pierwsza część Obcego była najlepsza, ale mniejsza już o to, z której części pochodzi ta bestia, bo i tak fajnie jest spotkać się z nią twarzą w... twarz?
Na ostatnim piętrze muzeum znajduje się natomiast wystawa miniaturowych makiet, niezwykle precyzyjnych, niezwykle realistycznych i zwyczajnie pięknych. Nie mogłam oderwać od nich mojego obiektywu, choć oczywiście jak głupek musiałam tego dnia rano wywalić z torby filtr polaryzacyjny, bo przecież nie planowałam robić żadnych zdjęć przez szybę. Większość zdjęć posiada więc niestety refleksy zdradzające, że ktoś tu próbuje kogoś nabrać, ale udało mi się zrobić parę takich, które całkiem nieźle potrafią oszukać oko i sprawić wrażenie, że przedstawiają coś prawdziwego. Zobaczcie zresztą sami:

Muzeum Sztuk Pięknych nie wywołało w nas aż tylu emocji, choć ta część, w której czuliśmy się jak w Orsayu, była całkiem spoczko. Ta bardziej „luwrzańska” mniej nas interesowała, a w ogóle to wspominałam już, że czasem czuliśmy się, jakbyśmy byli w Paryżu? Na szczęście przed Musée des Confluences stał wielki napis informujący, że to Lyon. Samo zaś to muzeum, położone przy zbiegu Saony i Rodanu (la confluence to połączenie się dwóch lub więcej nurtów – rzek, ale też bardziej abstrakcyjnych idei), posiada przytłaczająco bogate zbiory dotyczące historii naturalnej i etnografii, których nie da się, po prostu się nie da ogarnąć podczas jednej wizyty. Możecie więc podotykać szkieletów dinozaurów, obejrzeć film o kosmosie, pobawić w przesypywanie różnych rodzajów ziemi, jeśli Was to akurat kręci (pojemnikami z ziemią też można pokręcić). Kręcące się w pobliżu dzieciaki wyglądały na zafascynowane (zwłaszcza dinozaurami).

Na koniec zostawiliśmy sobie spacer po parku de la Tête d'Or, malowniczym i sielskim, pełnym piknikowiczów, karmicieli kaczek, gitarzystów, wędkarzy, rowerzystów, spacerowiczów – a mimo to nadal przestronnym, tak że zdawało się, że miejsca starczy dla każdego. Szkoda tylko, że wiosna dopiero zaczynała się pojawiać w okolicy, podejrzewam, że w towarzystwie liści na drzewach musi tam być jeszcze przyjemniej. 



Na więcej zwiedzania nie zostało nam już czasu, gdyż jak się okazało, mimo strajku kontrolerów lotów na lyońskim lotnisku, udało nam się wrócić do domu zgodnie z planem. Podejrzewam, że w tym roku może mi się jeszcze przydarzyć jakiś spontaniczny Paryż, ale to za parę miesięcy. Na razie i tak jestem zadowolona, że udało mi się trochę pogadać po francusku, po dość długiej przerwie.



sobota, 16 stycznia 2016

Wytłumacz mi, dlaczego się nie uczysz? - Francuski w tłumaczeniach cz.2 (Preston Publishing)

Zafundowałam sobie ostatnio mały powrót do przeszłości.
Pamiętacie te chwile, kiedy każda kolejna dawka wiadomości gramatycznych wydawała się miła i przystępna, kiedy stawiało się pierwsze kroki na drodze do językowego oświecenia, wszystko – wtedy jeszcze – od razu składało się w logiczną całość, a postępy były szybkie i widoczne gołym okiem? Być może ci z Was, którzy nie mają alergii na ćwiczenia gramatyczne, pamiętają. Na początku bowiem wszystko jest jakby prostsze, świat obcego języka zdaje się stać otworem i zapraszać, we krwi endorfiny, w głowie entuzjazm, już niedługo będziemy mówić lepiej, niż wszyscy Francuzi razem wzięci.

Być może niektórzy z Was są właśnie na tym początkowym etapie, nieśmiało przechodząc z literki A do literki B oznaczającej początek średniozaawansowania (nie, nie ma takiego słowa). Być może szukacie jakiejś książki do gramatyki, która mogłaby okazać się dla Was przydatna. Śpieszę zatem przedstawić Wam recenzję jednej z pozycji dostępnych na polskim rynku wydawniczym - „Francuski w tłumaczeniach cz.2” wydawnictwa Preston Publishing*.

Ostatnio zasmakowałam w fotografowaniu kiczowatych kompozycji,
a przy okazji próbowałam się wprawić w nastrój do nauki ;)

sobota, 2 stycznia 2016

Prasłówka, czyli przegląd prasy francuskojęzycznej. Cz.1 – dokręcanie śruby.

Kto wie, kto wie, może oto jesteście świadkami narodzin cyklu blogowego, który ma szansę zaistnieć więcej niż dwa, trzy razy, zobaczymy. Z pomysłu prasówki zrobiła (zrobiły?) się „prasłówka”, gdyż – jak Wam już się chwaliłam na facebooku – zdarza mi się czytać francuskie gazety, a tam w artykułach co i rusz pojawiają się jakieś ciekawe słówka, wyrażenia i zwroty i Le Robert wie, co jeszcze. I żal by było się nie podzielić tym wszystkim, zwłaszcza że jeśli Wam o tych słówkach napiszę, to może prędzej kilka z nich zapamiętam. (Nawiasem mówiąc, różnicę między l'humeur (f)i l'humour (m) już zapamiętałam, właśnie dzięki wpisowi na fejsbuczku – tych, co mnie jeszcze tam nie śledzą, zachęcam do polubienia, gdyż co do zasady wrzucam tam rzeczy, które na blogu się nie pojawiają).

Wracając do prasówki. Zwykle przeglądam „Le Monde”, czasem trafiam na inne portale i dopiero powoli, nieśmiało sprawdzam, gdzie mi się podoba i co po francusku warto czytać. Jeśli zatem polecacie jakieś francuskojęzyczne gazety lub czasopisma w wydaniach internetowych, proszę Was, koniecznie dajcie mi znać w komentarzach – chętnie poszerzę swoje horyzonty. Tymczasem przeglądam aktualności i często natykam się na jakieś newsy o Polsce. Wiecie, kiedyś sobie myślałam, że to trochę smutne, że zagranicą tak mało się nami interesują, tak niewiele piszą, a jeśli już, to jakieś krótkie, suche komunikaty, przetłumaczone i streszczone z polskiej prasy. Tak jakby nic naprawdę ciekawego się u nas nie działo, żadna światła myśl, sztuka, kultura, cokolwiek. Ostatnio jednak piszą jakby więcej – a jednak nie cieszy.

piątek, 25 grudnia 2015

Blogowanie pod jemiołą - wyniki konkursu.

Kochani,
Nie chcąc odrywać Was na zbyt długo od świątecznych kotletów, pytań o to, kiedy znajdziecie sobie chłopców, kiedy ślub, co tam w polityce, ani też od śpiewania kolęd i drugiej tury kotletów, śpieszę przedstawić Wam wyniki jemiołowego konkursu.

Przyznam, że trochę się martwiłam, że narzuciłam zbyt wysoki poziom abstrakcji w konkursowym zadaniu, ale z ulgą stwierdzam, że poradziliście sobie świetnie i że nawet było więcej zgłoszeń niż prezentów do rozdania :) Niestety, z tego samego powodu nie mogłam nagrodzić wszystkich i miałam nie lada problem z wyborem zwycięzców...

Aha, zasada przyznawania nagród jest oczywiście taka, że kto jest na pierwszym miejscu, ten wybiera pierwszy, a zaraz po nim kolejni, z tego co jeszcze pozostało. Proste.

środa, 16 grudnia 2015

Blogowanie pod jemiołą 2015 - świąteczne prezenty pod warunkiem!


Hm, hm (autorka mruczała sobie cichutko pod garbatym nosem z kurzajką), jak by Wam tu popsuć świąteczny nastrój? Powiedzieć, że świąt nie będzie? Nie uwierzycie. Zabrać prezenty? Nie, tego nawet ja nie mogłabym zrobić... Może posadzić do zadań z gramatyki? He, he, he... (wstrętny, skrzekliwy śmiech).


Pewnie tego nie pamiętacie, ale w zeszłym roku przy okazji „Blogowania pod jemiołą” poczułam nieodpartą pokusę, żeby zeskrobać lukier z naszej akcji i wprowadzić trochę negatywnych emocji: wypominanie braku męża przy świątecznym stole przez stroskaną rodzinę i takie tam. Tak mi się to spodobało, że i tym razem postanowiłam się z Wami trochę podrażnić. I oto przed Wami otwiera się szesnaste okienko naszego adwentowego kalendarza - ale nie przeczytacie dziś u mnie o świątecznych smakołykach, tradycjach, zwyczajach ani kolędach... Może jutro, na blogu English at Tea trafi Wam się jakiś słodszy kąsek, ale nie u mnie, robaczki, nie u mnie...

wtorek, 1 grudnia 2015

Zapowiedzi: Blogowanie pod jemiołą 2015

 Attention, attention!

Nie wiem czy wiecie, ale początek grudnia to jednocześnie początek naszej świątecznej akcji „Blogowanie pod jemiołą”, która w tym roku rusza już po raz drugi. Dla wszystkich tych, którym nieobca jest idea podjadania czekoladek z okienek kalendarza adwentowego – a także dla tych, którzy z ideą ową chcieliby się dopiero zapoznać – przygotowaliśmy wraz z blogerami językowymi i kulturowymi aż dwadzieścia sześć świątecznych wpisów. Różne kraje, różne języki, szykuje się niezły misz-masz na naszym świątecznym stole.
Serdecznie Was zachęcam do codziennego śledzenia naszej akcji, bo oprócz porcji ciekawostek do poczytania dostaniecie także szansę wygrania atrakcyjnych nagród! Na każdym blogu pojawi się konkurs dla Czytelników, jeśli więc macie ochotę sprawić sobie mały prezent pod choinkę, koniecznie bierzcie w nich udział!
Wpis pod szyldem „Uzależnienia od francuszczyzny” pojawi się w dniu 16-GO GRUDNIA, a wraz z nim okazja na złapanie kilku fantów :) Tymczasem jednak zapraszam Was do codziennego klikania w kolejne okienka umieszczonego poniżej kalendarza – na razie większość z nich jest nieaktywna, ale codziennie pojawi się nowy wpis na odpowiednim blogu, a w dniach 8-go i 24-go grudnia będą do nawet dwa wpisy! Czytajcie nas, komentujcie i wykażcie się kreatywnością w konkursach!


Dzień 1 Dzień 2 Dzień 3 Dzień 4 Dzień 5 Dzień 6 Dzień 7 Dzień 8 Dzień 8 Dzień 9 Dzień 10 Dzień 11 Dzień 12 Dzień 13 Dzień 14 Dzień 15 Dzień 16 Dzień 17 Dzień 18 Dzień 19 Dzień 20 Dzień 21 Dzień 22 Dzień 23 Dzień 24 Dzień 24 Image Map

Po więcej informacji zajrzyjcie na oficjalną stronę wydarzenia na Facebooku, a także na Google+, Twitter i na kulturowo-językowego bloga grupowego.


sobota, 28 listopada 2015

Perwersyjne zabawy z fonetyką, mały koliber i Zaz.

Według indiańskiej legendy, pewnego dnia w lesie wybuchł wielki pożar. Wszystkie zwierzęta przyglądały się temu, przerażone i bezsilne. Tylko jeden mały koliber zaczął przynosić w swoim dziobie po kilka kropel wody i zrzucać je na płomienie. W pewnej chwili pancernik, rozdrażniony tym bzdurnym zachowaniem, powiedział: „Kolibrze, oszalałeś? Kroplami wody nie ugasisz pożaru!” Koliber mu odpowiedział: „Wiem, ale robię to, co do mnie należy”.

Prosta opowieść, prawda?

A teraz wyobraźcie sobie, że jesteście Francuzami, umiecie powiedzieć po polsku zaledwie „dzień dobry” i ktoś Wam właśnie dał do przeczytania na głos takie oto zdanie:

wtorek, 3 listopada 2015

Czy można nie lubić nauki francuskiego? - Relacja na żywo z rozstań i powrotów.

Po mniej więcej dwóch i pół roku rozognionej nagle i wciąż podsycanej namiętności przyszła pora na separację z rozsądku – ja poszłam do swoich spraw, a francuski... francuski to nawet nie wiem, gdzie poszedł, chyba sobie przysiadł gdzieś cicho w kąciku, czasem tylko nieśmiało zagadywał (jak kolega) i cierpliwie czekał. Nie robił wymówek, wiedział, że mam inne sprawy na głowie i liczył na to, że skoro obiecałam, to wrócę.

wtorek, 19 maja 2015

L'hiver vient...

...czy jak kto woli, winter is coming.
A nim zima nadejdzie, muszę poczynić wiele przygotowań, stąd też bierze się cisza na niniejszym blogu. Chciałabym jednak uspokoić wszystkich Czytelników - których, co stwierdzam ze zdziwieniem, wciąż przybywa, mimo braku nowych notek - blog nie upadł, ale jednak zostaje oficjalnie zawieszony. Do zimy, a właściwie to mniej więcej do listopada, więc może jeszcze nim śnieg spadnie, doczekacie się nowego wpisu :)

Moje relacje z językiem francuskim też muszą ulec chwilowemu ochłodzeniu, jednak nie zamarzną całkiem - dlatego zaglądajcie na mój profil na Facebooku, od czasu do czasu nadal będą się tam pojawiać różne ciekawostki, piosenki i inne cuda wygrzebane w internecie. Ostatnio była France Gall po niemiecku, więc trudno to przebić, ale może zaciekawi Was historia o tym, jak stary zboczuch Serge Gainsbourg wykorzystał naiwną France Gall nagrywając z nią piosenkę "Les sucettes" (angielskie napisy w filmie).



No to do zimy, czekajcie na mnie!

sobota, 11 kwietnia 2015

Wyniki wiosennego konkursu z pozlepianymi słowami :)

Tak, tak, to już dzisiaj - wyniki małego wiosennego konkursu, który pojawił się na blogu w ramach akcji "Znajdź wielkanocne jajeczko". Z niecierpliwością czekacie na informację, czy udało Wam się wygrać? 

Przyznaję, że pytaniem konkursowym napytałam sobie niezłej biedy, bo nie dość, że chyba Wam się spodobało (co zaowocowało całkiem sporą liczbą zgłoszeń), to w dodatku zaproponowane przeze mnie kryterium wyboru odpowiedzi "która najbardziej mi się spodoba" okazało się bardzo problematyczne - tak naprawdę podobały mi się wszystkie! Niektóre z zaproponowanych słów zaskoczyły mnie swoją zmyślnością, inne rozbawiły i długo się wahałam, zanim w końcu wybrałam zwycięzców.

środa, 1 kwietnia 2015

Wiosenny KONKURS z kokotą w tle - czyli akcja "Znajdź wielkanocne jajeczko".

Bądźmy poważni.

Jaki dzień mógłby być lepszy na rozpoczęcie nauki francuskiego, niż pierwszy kwietnia? Idealna wymówka, żeby w razie czego zasłonić się stwierdzeniem, że to był tylko taki żart, żadne tam solenne postanowienie, nic nie szkodzi, jeśli już następnego dnia zgaśnie nasz słomiany zapał. Tak właśnie myślałam sobie dokładnie trzy lata temu, otwierając po raz pierwszy przypadkowo wybrany podręcznik do podstaw francuskiej gramatyki, ale tym razem to rzeczywistość zakpiła sobie we mnie i wpędziła mnie w uzależnienie, którego oto jesteście świadkami. Więc wiecie, po prostu udawajcie, że wcale Wam nie zależy, a francuski sam wskoczy Wam do łóż... do głów, znaczy się.
Ażeby umilić jakoś to wskakiwanie, przygotowałam dla Was (wspólnie z autorami innych blogów językowych i kulturowych) parę atrakcyjnych nagród do zgarnięcia w naszym wiosennym konkursie. Główna nagroda to aż 300 zł na książki do nauki języków obcych w księgarni PONS (ufundowana przez to wydawnictwo) oraz roczna prenumerata czasopisma National Geographic (ufundowana przez autorów blogów biorących udział w akcji). Aby ją wygrać, należy uważnie przeczytać między innymi ten tutaj wpis i wyłapać zgniłe jajko, nie pasujące do wielkanocnego koszyczka – czyli jedno słowo nie pasujące do kontekstu – i zgłosić je do nas za pomocą specjalnej ankiety. Wygrywa ten, kto odszuka zgniłe jaja na największej ilości blogów – a przypomnę, że jest ich aż dwadzieścia jeden (pełna lista TUTAJ). Dzisiaj pojawiła się ostatnia seria wpisów, więc bierzcie się szybko do roboty, bo kto pierwszy ten dostaje najwięcej!



Odpowiedzi należy nadsyłać do 5 kwietnia za pomocą specjalnego formularza, który można wysłać TYLKO raz. Poczekajcie z jego wypełnianiem do czasu, kiedy wszystkie wpisy nie zostaną opublikowane (czyli do dnia 1 kwietnia włącznie). Formularz oraz dokładne zasady konkursowe znajdziecie TUTAJ. Koniecznie się z nimi zapoznajcie. Pod żadnym pozorem nie wymieniajcie jajeczek w komentarzach pod wpisem! 
Pamiętajcie, zgniłe jaja to nie literówki ani błędy stylistyczne (a więc szanse mają nie tylko puryści językowi!) ale słowa z tak zwanej "czapy", nie pasujące do kontekstu.

Na końcu wpisu znajdziecie też informację o dodatkowym konkursie tylko dla czytelników bloga "Uzależnienie od francuszczyzny", w którym można wygrać kolejne nagrody.

 KONIEC GADANIA, PONIŻEJ BĘDZIE JUŻ MERYTORYCZNIE  

No dobrze, wstęp był na tyle przydługi, że pewnie zastanawiacie się, o czym w ogóle będzie dzisiejsza notka. Nawiązując luźno do tematów wiosenno-świątecznych postaram się uniknąć odpowiedzi na pytanie, co było pierwsze – jajko czy kura – i opowiedzieć Wam parę słów o tym, gdzie we francuskim można odnaleźć kokotę. Stworzenie to bowiem na tyle interesujące, że pojawia się nie tylko w kurnikach i zamtuzach, ale też paru ciekawych wyrażeniach. Żeby nie myśleć z pustym brzuchem, zacznijmy od jedzenia. Gdybyście zastanawiali się, jak jeszcze można podać jajko, spróbujcie na modłę francuską przyrządzić „des œufs cocotte”. Przepis podstawowy jest niezwykle prosty:


Składniki na 4 porcje:
4 jajka
masło
śmietana
szczypior






Przydadzą się też 4 małe kokilki (po francusku un ramequin, a wcale nie une coquille), które smarujemy masłem, solimy i pieprzymy, wlewamy trochę śmietany (trochę więcej niż potrzeba żeby zakryć dno), a następnie wbijamy prostokątne jajko, byle ostrożnie, żeby nie naruszyć żółtka! Posypujemy szczypiorem, a następnie wstawiamy kokilki do jakiejś brytfanki czy innego naczynia, które można bez obaw wstawić do piekarnika – wypełniwszy je gorącą wodą mniej więcej do połowy kokilek (czyli robimy im le bain-marie, łaźnię wodną). Pieczemy w temperaturze 170 stopni przez około 6 minut, tylko tyle żeby białko się ścięło, a żółtko pozostało płynne. Bon appétit! Przepis ten można poprawiać i modyfikować wedle własnego uznania i fantazji, dodanie szynki, cukinii, papryki czy ziół nie będzie zbrodnią na klasycznym francuskim daniu, ale godną pochwały inwencją! 

Najedzona kokota to zadowolona kokota! Une cocotte to według Małego Roberta nie tylko kura, ale także une femme de mœurs légères, kobieta lekkich obyczajów, która nierzadko może się jednak skropić nielekką perfumą! Być może stąd wzięło się powiedzenie „sentir la cocotte”, czyli, kolokwialnie rzecz ujmując, zajeżdżać tanimi perfumami


Bardziej jednak zastanawia mnie, czy lekkość obyczajów kokoty nie przekłada się na wątpliwości co do miejsca, w które po śmierci miałaby trafić jej dusza... Pamiętacie taką zabawę „piekło-niebo”? Składało się z papieru coś na kształt gęby, której paszczę malowało się od wewnątrz na czerwono i niebiesko i otwierało na przemian, recytując jakąś wyliczankę albo po prostu do momentu, aż ktoś powie „stop!”. Gdy wypadło na niebieskie, dusza miała trafić do nieba, gdy na czerwone – powędrować w zgoła przeciwnym kierunku! No cóż, wśród Francuzów taka origamiczna gęba ma charakter o wiele mniej metafizyczny, laicki wręcz i nie służy makabrycznemu odgadywaniu pośmiertnych destynacji. „Cocotte en papier” ma wymiar bardziej rozrywkowy, wewnątrz należy umieścić np. różne zadania dla uczestników zabawy, a następnie poprosić ich o wybranie jakiejś cyfry. Po poruszeniu zabawką podaną ilość razy otworzy się ona na zadaniu do zrealizowania. Co to ma wspólnego z kurą? Nie wiadomo, może zadanie trafia się nam jak ślepej kurze ziarno?

Kończąc tę kokocią wyliczankę warto jeszcze wspomnieć o une cocotte-minute” czyli szybkowarze, którego nigdy w życiu nie dane mi było używać, mogę więc tylko wyobrażać sobie, że w ciągu minuty można w nim ugotować najbardziej zatwardziałą kurtyzanę. Albo kurkę. Albo cokolwiek. Kto z Was wie, do czego w ogóle służy szybkowar?

Powyższe pytanie nie jest jednak pytaniem konkursowym. Jeżeli interesuje Was wygranie jednej z poniższych książek, ufundowanych przez Wydawnictwo PONS, napiszcie w komentarzu, jakie jest Wasze ulubione obcojęzyczne (niekoniecznie francuskie!) słowo, złożone z innych słów, które tłumaczone dosłownie znaczą zupełnie co innego (np. angielski chrzan – horseradish – czyli końska rzodkiewka). Nie zapomnijcie zaproponować tłumaczenia, tak żebym na pewno zrozumiała :) Uzasadnienie nie jest konieczne, ale oczywiście mile widziane. Z odpowiedzi zgłaszanych do 8 kwietnia wybiorę taką, która spodoba mi się najbardziej i poinformuję o tym na blogu najpóźniej 11 kwietnia.




Do wyboru jedna z nagród: książka "Mów jak rodowity Francuz" albo "Gramatyka z ćwiczeniami - francuski", ufundowana przez Wydawnictwo PONS.
A dla wszystkich czytelników naszych blogów Wydawnictwo PONS zagwarantowało rabat 20% na zakupy w sklepie internetowym pons.pl, ważny do 6 kwietnia, wystarczy podać hasło widoczne na poniższym obrazku:



 

poniedziałek, 23 marca 2015

W poszukiwaniu wielkanocnych jaj - zapowiedź świątecznych konkursów z nagrodami

Moi mili i wierni Czytelnicy,

Zdaję sobie sprawę z tego, że traktuję Was ostatnio po macoszemu i nie daję znaku życia, ale to dlatego, że moją głowę zaprząta praca i inne przyziemne kwestie, które wyeliminowały z mojego słownika pojęcie czasu wolnego. Lecz bez lęku - znajdzie się mimo wszystko chwila, by zaoferować coś spragnionym frankofilom! Już niebawem - to nie żart! - pierwszego kwietnia pojawi się na moim blogu nowy wpis w ramach akcji organizowanej przez autorów blogów językowych i kulturowych. 

Pierwszy kwietnia to dla mnie data w pewnym sensie wyjątkowa - ale dlaczego? O tym wspomnę następnym razem. Tymczasem już teraz zapraszam Was do śledzenia akcji "Znajdź wielkanocne jajeczko", która rozpocznie się już 29 marca i potrwa właśnie do 1 kwietnia. W tych dniach będziecie mogli znaleźć nowe, interesujące wpisy na 21 blogach językowo-kulturowych, poczuć powiew wiosny, a przy okazji może capnąć jakąś fajną nagrodę? 

Najlepiej już teraz zapoznajcie się z kalendarzem wpisów dostępnym w naszej prezentacji (o TUTAJ) i szykujcie się na zadania wymagające spostrzegawczości i refleksu, jak to bywa przy szukaniu wielkanocnych jajek. 
Jeśli chcecie być na bieżąco, to zapraszam również na facebooka (fajnpejdż, wydarzenie) oraz stronę internetową blogów językowych i kulturowych. Warto trzymać rękę na pulsie.

A do mnie zapraszam już w środę 1 kwietnia, będą niezłe jaja, obiecuję!


niedziela, 25 stycznia 2015

5 pytań i odpowiedzi, czyli odrobina ekshibicjonizmu pod szyldem „W 80 blogów dookoła świata #10”

Przez długi czas kładłam się spać wcześnie.

Zaowocowało to tym, że znowu w ostatniej chwili zabieram się do pisania notki na specjalną okazję, jaką jest dziesiąty odcinek akcji „W 80 blogów dookoła świata”; tym razem temat jest niezwykle podstępny, bo trzeba niby o Francji i francuskim pisać, ale jednak o sobie – ku uciesze potencjalnych stalkerów i ku zniechęceniu poszukiwaczy merytorycznych treści. Pozostaje tylko łudzić się, że uda mi się zachować resztki internetowej prywatności, a przy okazji przemycić parę ciekawych spostrzeżeń z francuszczyzną związanych. Zapraszam zatem na mini-wywiad z autorką niniejszego bloga, zawarty w pięciu pytaniach, i rzecz jasna, w pięciu odpowiedziach.

środa, 7 stycznia 2015

O czym NIE napisałam na blogu w 2014 roku.

Jeszcze zanim cokolwiek powiem, to już uspokajam Was, drodzy Czytelnicy: nie będzie statystyk, bo zbieranie i śledzenie cyferek zafascynowało mnie dopiero miesiąc temu; archiwum bloga też nie jest na tyle spasione, by wyciągać z niego najlepsze wpisy roku 2014, dlatego mimo iż idea dzisiejszego wpisu to rozpamiętywanie i podsumowania, postaram się zaproponować Wam informacje, których dotąd nie publikowałam jeszcze na niniejszym blogu.
Pomyślałam, że mimo wszystko miło będzie zrobić jakieś sympatyczne podsumowanie minionego roku i przyszło mi do głowy, że podzielę się z Wami moimi okołofrancuskimi odkryciami z ostatnich dwunastu miesięcy. Pokażę Wam trochę piosenek, filmów i książek, a także miejsc w Internecie, które warto od czasu do czasu odwiedzić. Zapraszam!

czwartek, 1 stycznia 2015

Michel Legrand, francuskie piosenki, subjonctif i liczne wiatraki.

W to leniwe, noworoczne popołudnie i wieczór, kiedy wszyscy snują się po domu, lekko niedospani i znudzeni internetem, który z choinek i tematów świątecznych przeskoczył na tematy postanowień noworocznych i zdjęć z niedawnych imprez, chciałabym zaproponować Wam temat niezbyt wymagający, ale i nie związany z żadną okazją, z żadną szczególną datą w kalendarzu. Nie będzie podsumowań, sylwestrowo-noworocznego słownictwa, ani planów na rozpoczęty właśnie rok, postaram się natomiast łagodnie Was ukołysać i odprężyć. A może przy okazji nieco zaciekawić i zainspirować do poszukiwania nieodkrytej przez Was dotąd muzyki francuskiej.

Michel Legrand, francuski kompozytor filmowy, ma na swoim koncie sporo piosenek, które wpadły mi w ucho i podbiły moje serce. Bywają liryczne, czasem dowcipne, czasem nieco jazzowe, często dość znane, więc jest szansa, że już się z nimi zetknęliście.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Jabłko tam śpi. (fałszywi przyjaciele – część 2)

Ciekawe, czy zostało już zdefiniowane w psychologii albo medycynie zboczenie polegające na obsesyjnym rozmyślaniu nad etymologią słów. „Etymofilia”? Nie wiem, czy to uleczalne, w każdym razie na razie mnie dręczy – i tak na przykład jadę sobie tramwajem i myślę o złotych jabłkach, bo akurat tego typu owoc mignął mi gdzieś na bilbordzie. Une pomme d'or, byłbyż to pomidor? Coś mi w tym nie grało tak do końca, zwłaszcza kolor się nie zgadzał, brakowało też samogłoski w środku; kombinowałam więc dalej i w końcu wpadłam na pomysł, jakie też zagadkowe przesłanie niesie polska nazwa owego warzywa. Une pomme y dort!

środa, 17 grudnia 2014

Blogowanie pod jemiołą: święta z Joséphine.

Zauważyliście, że wszędzie teraz piszą o świętach? O śnieżnej zimie, słodkich pierniczkach, ciepłych, puchatych swetrach, bożonarodzeniowych jarmarkach i cudownej świątecznej atmosferze?

No cóż, to już siedemnasty dzień akcji „Blogowanie pod jemiołą”, więc najwyższy czas na łyżkę dziegciu w tej krainie miodu i szczęścia!

Napisałabym, że nie chcę Wam psuć tych uroczych chwil pełnych zupełnie bezkarnej egzaltacji, ale czy ktoś by mi uwierzył?
Zapewne znacie stereotyp wiecznie niezadowolonego, narzekającego na wszystko Francuza; mimo odmiennego obywatelstwa moja dusza jest już przeżarta francuską rdzą na tyle, że nie mogę odmówić sobie spojrzenia na temat naszej akcji z trochę innej, tej bardziej kąśliwej strony. Ale mam nadzieję, że zamiast się zniechęcać, Wy również znajdziecie radość w tym nega... alternatywnym podejściu.

sobota, 13 grudnia 2014

Le bal des vampires - jak to się robi po francusku.

O międzylądowaniu w Paryżu myślałam bez entuzjazmu: miasto zwiedzone dawno temu, znajomi odwiedzeni trzy miesiące wcześniej, w dodatku posmakowałam już ongiś tego Paryża w listopadzie, wieje tam i zimno, ot co. Niestety, linie lotnicze świata sprzysięgły się akurat przeciwko mnie i wymienione miasto okazywało się być najtańszą i najdogodniejszą opcją w drodze do Bordeaux (o tej podróży też wkrótce napiszę coś na blogu). Uległam więc. A już parę dni po kupieniu biletów zaczęłam z niecierpliwością przebierać nóżkami i czekać na ten Paryż jak na księcia z bajki.

Albo raczej na hrabiego czekałam, choć z bajki cokolwiek mrocznej. Wpadłam bowiem na doskonały pomysł, by podczas pobytu w owej stolicy mody wybadać, co się obecnie nosi na balach u wampirów. Jeden z nich był akurat wyprawiany w teatrze Mogador, zdobyłam więc bilet i przy okazji popytałam tu i ówdzie kto zacz, ten hrabia von Krolock. Powiadają, że łotr, uwodziciel i bestia, więc moje dziewczęce serduszko zadrżało z lęku i z podekscytowania zarazem.

wtorek, 25 listopada 2014

Laik w świecie francuskiego wina albo: cierpkim winem łatwiej upić się na smutno. (W 80 blogów dookoła świata #8)

Prawdopodobnie jestem po prostu żarłokiem, ale na hasła typu „wielokulturowość” i „podróże dookoła świata” od razu zaczynam myśleć o jedzeniu; wyjazdy na wakacje kojarzą mi się właśnie z tym – próbowaniem nowych potraw i rozpieszczaniem podniebienia. Nie wiem jak to możliwe, że dopiero ósmy epizod akcji „W 80 blogów dookoła świata” doczekał się tematu kulinarnego, no ale skoro tak się w końcu stało, to nie mogłam przegapić okazji do napisania czegoś o tym, jak Francja wygląda od kuchni. Pomyślałam sobie przy tym, że to nie sztuka kupić bagietkę czy croissanta, a i wybór sera nie jest aż tak problematyczny, jak wybór trunku nieodłącznie kojarzonego z Francją – wina.

Założę się, że ludziom w Polsce przytrafia się to cały czas: wchodzą do sklepu, rozglądają się po półkach; kręci im się w głowie jeszcze nie od alkoholu, ale od nadmiaru butelek do wyboru, postanawiają zawęzić nieco pole poszukiwań i kierują się do regału z winem francuskim – bo ma być romantycznie albo snobistycznie, albo jedno i drugie, a przecież wina francuskie nie mogą być tak wysławiane bez powodu. Następuje pobieżna lektura etykietek, najczęściej rozpoczynana od poszukiwania informacji o tym, czy to wino wytrawne, czy jakieś inne, choć producent często zdaje się specjalnie zatajać przed nami tę informację. Bierzemy więc to, co zdaniem etykietki będzie pasować do zaplanowanej przez nas wołowiny, sera czy owoców, albo po prostu to, co ma najfajniejszy obrazek na rzeczonej etykietce, wracamy do domu, szukamy korkociągu i najładniejszych kieliszków, próbujemy... i uśmiechamy się, mówiąc, że no, nie takie złe, może trochę cierpkie i trochę czuć siarkę, ale nie jest wcale najgorsze. Da się pić.