niedziela, 25 stycznia 2015

5 pytań i odpowiedzi, czyli odrobina ekshibicjonizmu pod szyldem „W 80 blogów dookoła świata #10”

Przez długi czas kładłam się spać wcześnie.

Zaowocowało to tym, że znowu w ostatniej chwili zabieram się do pisania notki na specjalną okazję, jaką jest dziesiąty odcinek akcji „W 80 blogów dookoła świata”; tym razem temat jest niezwykle podstępny, bo trzeba niby o Francji i francuskim pisać, ale jednak o sobie – ku uciesze potencjalnych stalkerów i ku zniechęceniu poszukiwaczy merytorycznych treści. Pozostaje tylko łudzić się, że uda mi się zachować resztki internetowej prywatności, a przy okazji przemycić parę ciekawych spostrzeżeń z francuszczyzną związanych. Zapraszam zatem na mini-wywiad z autorką niniejszego bloga, zawarty w pięciu pytaniach, i rzecz jasna, w pięciu odpowiedziach.

Zacznę od takiego ogólnego spostrzeżenia, że gdyby motyw magdalenki maczanej w herbacie został tak mocno wyeksponowany w literaturze przedmiotu, prawdopodobnie nie zwróciłabym na niego większej uwagi w czasie lektury „W stronę Swanna”. Niemniej jednak przyjęło się w powszechnej świadomości podsumowanie, że wszystko zaczęło się od owego ciasteczka wywołującego swym wyjątkowym smakiem falę wspomnień związanych z dzieciństwem i młodością. Jako że moja młodość ciągle trwa, z pierwszym pytaniem poradzę sobie bez pomocy podobnych stymulatorów. Od czego zaczęło się u mnie?

I. Mój pierwszy dzień we Francji.

Był to dzień pełen sprzeczności, ekscytacji i rozczarowań na przemian. Wcześniej nie miałam za bardzo okazji, by wyjeżdżać zagranicę, więc wiele rzeczy działo się dla mnie po raz pierwszy – jak chociażby pierwszy lot samolotem i parokrotne podchodzenie do lądowania (nie wiedząc jak to powinno wyglądać, łatwo uwierzyłam, że to „normalna procedura”), no a poza tym oczywiście przeliczanie euro na studenckie złotówki... Z myślą, że wyjazd powinien być zorganizowany oszczędnie, moi znajomi znaleźli nam nocleg w świetnej cenie – jak się okazało, w czwartej strefie pod Paryżem, więc do tych 10 euro za osobę za noc trzeba było doliczyć jeszcze codzienne dojazdy RERem – ogromna oszczędność, powiadam Wam! ;) Zagnieździliśmy się w Aulnay sous Bois – i jak widać, łączy się z tym pewien masochistyczny sentyment, odzwierciedlony w pseudonimie niżej podpisanej. Mieszkanie miało maksymalnie dwa metry wysokości, łazienkę wielkości kabiny prysznicowej i zachęcało do spędzania całych dni poza domem. Tak też robiliśmy – i tak naprawdę bardzo dobrze wspominam ten wyjazd. Gdy już dojechaliśmy do Paryża (a noc już wówczas zapadła), to z podziemnej stacji wyszliśmy bezpośrednio przed oświetloną katedrę Notre Dame i ten widok – nieoczekiwany i obiecujący wiele – doskonale pamiętam do dzisiaj. Nieraz już wspominałam, że było wtedy zimno i wietrznie, żywiliśmy się praktycznie samymi bagietkami i kawą, a do muzeów wchodziliśmy za darmo. I jeśli czasem zdarza mi się żałować, że nie mam już dwudziestu pięciu lat, to zwykle właśnie gdy jestem w pobliżu Musée d'Orsay, które wtedy można było odwiedzać na chwilę codziennie, żeby tylko rzucić okiem. No, nie można było w poniedziałek, bo było zamknięte, i we wtorek, bo pracownicy strajkowali, ale potem już się udało...
To były naprawdę intensywne dni, które spędzaliśmy na zaliczaniu wszystkich najważniejszych zabytków. Na niektóre z nich, chociażby Wieżę Eiffela czy Łuk Triumfalny, już nigdy później nie weszłam, więc to właśnie wtedy było mi w Paryżu tak najbardziej filmowo, parysko i ą, ę, magicznie. Bardziej romantycznie było za drugim razem, ale to już inna historia :)


Zdjęcie zrobił kolega z Niemiec, którego nigdy już potem nie spotkałam.


Ażeby oderwać się od tych sentymentalnych wspominków, przejdźmy może do czegoś bardziej konkretnego, co zadowoli także osoby uczące się języka francuskiego.

II. Ulubiona reklama francuska.

Prawda jest taka, że jeżeli już jakaś francuska reklama zapadnie mi w pamięć, to ma ona podtekst erotyczny – ba, czasem wcale nie jest to podtekst. Przyszła mi zatem do głowy reklama wody Perrier i paluszków Mikado, ostatecznie jednak uznałam je za zbyt dosłowne, dlatego postanowiłam podzielić się z Wami reklamami francuskiej stacji telewizyjnej Canal +. Mają one w sobie nutkę cenionego przeze mnie, abstrakcyjnego humoru.

1. Znacie taki film „Marsz pingwinów”? Po francusku to „La marche de l'empereur”, co słusznie niejednemu mogłoby skojarzyć się z cesarzem...

Założenie reklamy jest proste: mężczyzna opowiada koleżance film, który ostatnio obejrzał, a my widzimy to, co dzieje się w wyobraźni jego rozmówczyni.

2. Scenarzyści z Canal + bywają jeszcze bardziej kreatywni:



III. Co lubię, a czego nie lubię we Francji.

Ha, o tym można by napisać cały elaborat, czego pewnie i tak nie uniknę, ale postaram się skupić na kilku wybranych rzeczach.
Zazdroszczę Francuzom tego, że mają w Paryżu tak wiele możliwości do spoufalania się z kulturą, muzea i teatry na każdym kroku, małe i duże koncerty, więc łatwo znaleźć tam coś dla siebie. Poza tym cały kraj jest tak różnorodny przyrodniczo, że pewnie można przez długi czas podróżować tylko po Francji i wciąż natrafiać na nowe krajobrazy. Lubię więc możliwości, jakie to wszystko mi daje.

Może to banalne, ale cóż poradzić na to, że lubię francuskie jedzenie i to że Francuzi mają sklepy, w których sprzedają tylko wino i sery i że sklepy te mają rację bytu i nie upadają. Lubię też atmosferę rodzinnych kolacji i choć nie wiem, czy chciałoby mi się każdego wieczora spędzać tyle czasu przy stole, to celebrowanie posiłków na wakacjach uważam za wspaniały pomysł. Poza tym nie jest żadną tajemnicą, że dobre jedzenie i parę lampek wina naprawdę podnoszą sprawność mówienia po francusku (która niestety z powrotem opada wraz z wyparowaniem owego magicznego eliksiru z organizmu).

Poza tym to pewnie trochę obciach i w ogóle mało to wysublimowane, ale lubię Disneyland, bo jest tak starannie dopracowany, że wydaje się prawdziwy, a poza tym po każdej przejażdżce kosmicznym rollercoasterem można sobie myśleć, że o nie, nigdy więcej, po to żeby zaraz znowu ustawić się w kolejce. Tylko jeszcze żeby zaczepiani turyści nauczyli się kadrować zdjęcia i gdy mają do wyboru sfotografować albo dużo chodnika, albo czubek różowego zamku, wybierali jednak to drugie rozwiązanie...

Żeby jednak nie było tak różowo, to są też we Francji rzeczy, których nie lubię, jak chociażby rygorystyczne godziny posiłków, zupełnie niekompatybilne z moimi wakacyjnymi potrzebami. W Polsce restauracje nie mają problemu z serwowaniem ciepłych dań przez całą dobę, tak samo jak podania tylko kawy w godzinach obiadu, więc nie rozumiem, czemu Francuzi nie mogliby się ugiąć w tym punkcie.

Śmieci na ulicach... Poza tym pewnie to zabrzmi rasistowsko, ale nie umiem nic poradzić na to, że niektóre skupiska imigrantów w dużych francuskich miastach wywołują u mnie ciarki na plecach. I to nie kolor skóry ani ewentualna religia są problemem, ale sposób zachowania tych ludzi, hałas i chaos jaki wokół siebie tworzą i to, jak czasem krzykną coś za mną niezrozumiale (mała wskazówka dla wszystkich dziewcząt: samotne chodzenie po Marsylii w szortach i bluzkach bez rękawów może stanowić traumatyczne przeżycie, trzeba być nierozsądną, żeby decydować się na coś takiego).

IV. Ulubione motto, cytat, powiedzonko w języku francuskim.

Za cytatami wyrwanymi z kontekstu nie przepadam, bo te które mają być uniwersalne, często bywają banalne, a te z kontekstem rzadko są eksponowane, bo zwykle nie mieszczą się w nagłówkach blogów i na kalendarzach; zresztą, najbardziej lubię te, które nie niosą ze sobą żadnego motywującego przesłania, ale po prostu stanowią zabawne lub urocze passusy. 

Z ulubionym cytatem jest zatem ten problem, że takowego nie posiadam; lubię na bieżąco dzielić się z M. wyłuskanymi z aktualnych lektur wyrywkami, podsuwając mu co bardziej łakome kąski - najlepiej lekko absurdalne, celnie ironiczne, ewentualnie pasujące do sytuacji, która z jakiegoś powodu jest nam nieobca. Już od dawna zastanawiałam się, jak wpleść na blogu fragment poetyckiej prozy Baudelaire'a, który M. podsunął mi niegdyś, czyniąc aluzję do moich żywieniowych zwyczajów i potrzeb. Dzisiejsza okazja jest ku temu idealna - nie będzie to więc cytat ulubiony, ale może okaże się dla Was interesujący i zdradzi Wam co nieco o autorce niniejszego bloga - a przecież taka jest idea niniejszego wpisu.

« Messieurs, j’ai connu des jouissances que vous avez peut-être négligées. Je veux parier du comique dans l’amour, et d’un comique qui n’exclut pas l’admiration. J’ai plus admiré ma dernière maîtresse que vous n’avez pu, je crois, haïr ou aimer les vôtres. Et tout le monde l’admirait autant que moi. Quand nous entrions dans un restaurant, au bout de quelques minutes, chacun oubliait de manger pour la contempler. Les garçons eux-mêmes et la dame du comptoir ressentaient cette extase contagieuse jusqu’à oublier leurs devoirs. Bref, j’ai vécu quelque temps en tête-à-tête avec un phénomène vivant. Elle mangeait, mâchait, broyait, dévorait, engloutissait, mais avec l’air le plus léger et le plus insouciant du monde. Elle m’a tenu ainsi longtemps en extase. Elle avait une manière douce, rêveuse, anglaise et romanesque de dire : « J’ai faim ! » Et elle répétait ces mots jour et nuit en montrant les plus jolies dents du monde, qui vous eussent attendris et égayés à la fois. – J’aurais pu faire ma fortune en la montrant dans les foires comme monstre polyphage. Je la nourrissais bien ; et cependant elle m’a quitté...»
(Portraits de maîtresses)

«A ja, moi panowie, poznałem przyjemności, które wam zapewne nie wydały się godne uwagi. Myślę o ukrytym w miłości komizmie, komizmie, który zresztą wcale nie wyklucza podziwu. Dla mojej ostatniej kochanki miałem, jak sądzę, więcej podziwu niż wasze mogły w was obudzić nienawiści albo miłości. Zresztą wszyscy podziwiali ją tak samo jak ja. Kiedy pojawialiśmy się w restauracji, po paru minutach goście tak byli w nią zapatrzeni, że zapominali o jedzeniu. Nawet kelnerzy i kasjerka, opanowani zaraźliwą ciekawością, zapominali o swoich obowiązkach. Krótko mówiąc, przez pewien czas żyłem w jednym stadle z prawdziwym cudem natury. Moja kochanka jadła, gryzła, łykała, pochłaniała, ale robiła to najwdzięczniej i najniewinniej pod słońcem, utrzymując mnie w nieustannym zachwycie. Umiała tak słodko, marząco, omdlewająco i romantycznie mówić: "Jestem głodna!" A powtarzała te słowa dniem i nocą pokazują najpiękniejsze w świcie ząbki, które by was wzruszyły i rozbawiły zarazem. Mógłbym był zrobić majątek pokazując ją na jarmarkach jako wszystkożerne monstrum. Dobrze ją karmiłem, a jednak mnie rzuciła...»
(Portrety kochanek, tłumaczenie: Ryszard Engelking)

Pozostawiam w domyśle to, co z tego powyżej pasuje do mojego przypadku :)

 V. Jedna rzecz z Francji, którą wzięłabym ze sobą do więzienia ;)

Miała być bezludna wyspa, ale cóż poradzę na to, że nie przepadam za bezludnymi wyspami. Za więzieniami nie przepadam tym bardziej i mam nadzieję, że szansa na znalezienie się w którymkolwiek z tych dwóch miejsc jest równa zeru. No ale na bezludnej wyspie musiałabym walczyć o przetrwanie, polować na dzikiego zwierza, wyrywać sobie bolącego zęba czubkiem łyżwy, marznąć, moknąć i porzucić zaawansowane metody utrzymywania higieny. Gdzież byłoby w tym wszystkim miejsce na radowanie się tą jedną francuską rzeczą, która przypadkiem znalazłaby się na tej wyspie razem ze mną? A tak to czekając spokojnie w celi (najlepiej gdzieś w Szwecji, tam ponoć jest ładnie), aż wyjaśni się to wielkie prawne nieporozumienie którego padłam ofiarą, miałabym wreszcie czas na przeczytanie Prousta w oryginale - wystarczyłoby na długo. I pewnie przez długi czas, bezkarnie, kładłabym się spać wcześnie.



Jak zawsze zachęcam Was również do odwiedzenia pozostałych blogów biorących udział w akcji "W 80 blogów dookoła świata".

Jeśli natomiast prowadzisz bloga i chciałbyś przyłączyć się do naszej ekipy, napisz maila na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

Chiny:
Biały Mały Tajfun

Francja:
Madou en France: 5 pytań o moją Francję
Francais-mon-amour : 5 pytań do blogera
Love For France : Francja w pięciu pytaniach
Francuskie i inne Notatki Niki - Pięć pytań do blogera
Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim - Pięć pytań do...

Holandia:
Język holenderski - pół żartem, pół serio: 5 pytań o Holandię

Kirgistan:
O języku kirgiskim po polsku: 5 pytań do blogera - o języku kirgiskim i Kirgistanie

Niemcy:
Blog o języku niemieckim: 5 pytań do blogera.
Niemiecki po ludzku
Niemiecka Sofa: 5 pytań do... - czyli akcja "W 80 blogów dookoła świata"

Rosja:
Rosyjskie Śniadanie: "W 80 blogów dookoła świata" # 10  '5 ciekawych pytań do blogera'

Szwajcaria:
Szwajcarskie Blabliblu

Wielka Brytania:
English my way
English with Ann: pytania do blogera czyli mój pierwszy raz
English-Nook: 5 pytań do blogera
Head Full of Ideas
english-at-tea: 5 pytań do blogera

Włochy: 
Studia, parla, ama
CiekawAOSTA
Wloskielove

Wietnam: 
wietnam.info: W 80 blogów dookoła świata - 5 pytań do blogera





14 komentarzy:

  1. Oj, ależ sie uśmiałam przy tym ostatnim pytaniu :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja podobnie! A reklamę canal+ pokazałam (i przetłumaczyłam) mężowi- nie wiedzieć czemu, spodobała mu się ta historia ;)

      Usuń
    2. Ale ta z szafą, prawda? :D

      Usuń
    3. Mnie też rozwaliłaś tym na łopatki. Też mam takie pozycje książkowe, które idealnie nadawałyby się na więzienie/bezludną wyspę :D

      Usuń
  2. Widać po pseudonimie, że niezależnie od kiepskich warunków lokalowych, został Ci jednak pewien sentyment do tego pierwszego mieszkania w Paryżu... ;)

    alessandra

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaintrygował mnie wątek emigrancki w Marsylii. Czyżby kolejny wyrazisty znak, że francuska kultura zachowania we Francji zanika? Bo zastępują ją inne kultury - w tym wypadku muzułmańskie - jak podejrzewam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy złośliwi twierdzą, że Marsylia to nie Francja :P Ale rzeczywiście, społeczność muzułmańska jest tam bardzo widoczna na ulicach, czasem wręcz przeważa. W ich kulturze porządne kobiety nie wystawiają swoich ciał na widok publiczny, więc być może w ich przekonaniu roznegliżowane Europejki nie są porządne i można sobie pozwolić na zaczepki (choć jak wychodziłam w towarzystwie M. to nic takiego się nie zdarzało).

      Usuń
  4. Nie znałam tej pierwszej reklamy :) W ogóle uważam, że Francuzi mają całkiem dobre pomysły i odwagę, żeby je zrealizować. Nie boją się np. mocnych nawiązań do seksu.
    No i w końcu poznaliśmy genezę Twoje pseudonimu artystycznego. Kto by pomyślał ;)
    Jako autorka pytania o bezludną wyspę, stwierdzam, że koleżanka dopuściła się zbezczeszczenia mojej własności intelektualnej ! Tym razem wybaczam... TYLKO tym razem :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Ostatnia odpowiedz wymiata! :) Zmagałam się z Proustem w oryginale, poległam przy 3 tomie.... Mam ambitny plan, by dokończyć. Ale to chyba też musieliby mnie zamknąć ;) Pozdrawiam, Marta

    OdpowiedzUsuń
  6. En France, les repas rythment les journées. C'est un moment important qui permet d'entretenir les liens sociaux. D'ailleurs, les hommes (et femmes) d'affaires ont souvent des "repas d'affaires": on s'empiffre et on "travaille" en même temps. C'est comme ça! Il faut dire que nos menus sont plus variés que les menus polonais ;-)
    Cuisiner pour les autres, partager un repas ensemble, voilà un aspect culturel dans lequel je me reconnais.

    Zupa M.

    OdpowiedzUsuń
  7. Proust siedzi u mnie na półce od wielu lat. Czeka najwyraźniej, aż pojadę w końcu na bezludną wyspę ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Więzienie :D Nie wiem, czemu na to wpadłaś, ale bardzo mi się ten pomysł spodobał :D
    Reklamy świetne i mają trochę wspólnego z tymi, które umieściłam w moim wpisie.

    OdpowiedzUsuń
  9. W Strasbourgu jest fajnie, bo jest czysto i mimo, że czasem mam problem ze znalezieniem jakiegoś kosza ...to nie ma walających się śmieci na ulicach :D
    Miałam też pisać o francuskich reklamach ...ale stwierdziłam, że poświęcę im jednak osobny post :P

    OdpowiedzUsuń