wtorek, 10 grudnia 2013

Harry Potter i magiczna bagietka, czyli doskonalenie umiejętności praktycznych.

Po raz kolejny przeskoczyłam z fazy podręcznikowo-przybiurkowej do fazy niepodręcznikowo-nieokreślonej i po wspomnianych ostatnio zabawach z gramatyką zrobiłam sobie przerwę od zeszytu i notatek na rzecz... no, tak naprawdę to na rzecz spraw nie związanych bezpośrednio z francuskim i wydawać by się mogło, że moja nauka ponownie przyhamowała. Przemyślałam jednak sprawę i doszłam do wniosku, że może mało się uczę-uczę, ale za to sporo praktykuję. Zamierzam się zatem trochę pochwalić, nie szukajcie więc dziś u mnie porad, praktycznych opinii i kontrowersyjnych tematów do dyskusji (bo nie od dziś wiadomo, że nauka języka to sport kontrowersyjny i konfliktogenny – palenie fiszek przed ambasadami, parady zwolenników i przeciwników uczenia się wielu języków naraz, oblewanie farbą ludzi, którzy zamiast uczyć się w domu zapisali się na kurs, to wszystko zdarza się w prawdziwym życiu). Jeśli zatem ktoś szuka konkretów, to może się srodze zawieść; ale i tak zapraszam do lektury. 

Zacznę od kwestii najmniej zaskakującej, gdy przychodzi do szukania sposobów na doskonalenie językowych umiejętności praktycznych, czyli od czytania książek. Nie wspominałam chyba, że przywiozłam sobie z wakacji jakieś francuskojęzyczne romansidło – a przynajmniej tak można wnioskować po tytule „L'amant de Patagonie” - no i w sumie dobrze, że nie wspomniałam, bo na razie mnie nie wciągnęło i odłożyłam je na później, a tymczasem konsekwentnie czytam Harry'ego Pottera we francuskim tłumaczeniu. Zaprawdę, niejeden fan serii zdziwiłby się ciężko, gdyby odkrył, że ani razu nie pada tam słowo Hogwart, a i sporo postaci uzyskało zupełnie nowe imiona, do których ciężko się na początku przyzwyczaić. Prawie tak ciężko jak do tego, że „les baguettes magiques”, którymi wszyscy wymachują, to wcale nie magiczne bagietki prosto z magicznej piekarni, ale zaledwie różdżki. Z każdym kolejnym tomem jest jednak coraz łatwiej zapomnieć prawdziwe imiona i prawdziwe nazwy, tak że w połowie czwartego tomu właściwie nic mnie już nie dziwi.

Pomijając te drobiazgi uważam, że książki o Harrym są bardzo dobrym narzędziem do nauki języków obcych – po przeczytaniu siedmiu tomów w głowie utrwali się mnóstwo użytecznych słów (i sporo bezużytecznych), a jednak czyta się to łatwiej, niż siedem tomów Prousta. Po drodze wynotowuję sobie różne ciekawe wyrażenia, które czasem staram się wrzucać na stronę na Facebooku, o ile przypomnę sobie akurat o moim słomianym zapale :) Ostatnio wpadły mi w oko między innymi następujące:

Avoir une dent contre quelqu'un – dosłownie: mieć zęba przeciwko komuś :) Słusznie kojarzy się z chęcią dania w zęby, choć znaczenie tego wyrażenia jest nieco bardziej metaforyczne, bo oznacza żywienie urazy wobec kogoś. A dlaczego akurat zęby? Podobno dlatego, że są twarde i gryzą, a pokazywanie zębów kojarzy się z agresją.

Se faire un sang d'encre – dosłowne tłumaczenie przerasta moje możliwości, niemniej jednak chodzi o te momenty, kiedy krew zamienia nam się w atrament – czyli kiedy bardzo się czymś martwimy. Mają z tym wyrażeniem związek średniowieczne przekonania, że nasze humory siedzą we krwi i żeby się uspokoić, najzdrowiej dać sobie tej krwi nieco upuścić. Humory zabarwiają nam krew na ciemno i stąd właśnie kiedy bardzo się martwimy, to robi się nam ona czarna niczym atrament.

Ksiązki o Harrym są kopalnią takich ciekawostek i obiecuję, zacznę je konsekwentnie wrzucać na Facebooka.

Co robię poza czytaniem? Podśpiewuję. Parę dni temu wpadła mi w ucho względnie nowa piosenka Zaz i Alexa Renart o wcale przystępnej melodii, zatem jak tylko mój mężczyzna gdzieś wyjdzie, zawodzę na cały głos ten oto kawałek:



No ale na koniec pochwalę się czymś najfajniejszym, czyli tym, jak przypadkiem zagaiłam obcą osobę w Internecie i z przerażeniem odkryłam, że niemal od razu przyszła do mnie odpowiedź. I tak oto niewinna, niezobowiązująca do niczego i nie mająca do niczego konkretnego prowadzić propozycja zamieniła się w czyn, a ja nagle, parę dni później, siedziałam w kawiarni oko w oko z prawdziwą Francuzką. 

No bo wiecie, jak to jest. Włóczy się człowiek po tym Internecie, rozmyśla nad rozciągającym się przed nim oceanem możliwości, upaja się nimi, ale tak naprawdę to trochę się ich boi. No bo znajdę sobie native speakera i co dalej? Nie dość, że nie wiadomo jak rozmawiać, to jeszcze dochodzi przekonanie o własnej nieśmiałości i strach, że nie będzie też o czym rozmawiać. Dlatego gdy odpowiadałam na znalezione gdzieś ogłoszenie, to tak naprawdę trochę liczyłam na to, że będzie jak zawsze, albo pozostanę bez odpowiedzi, albo skończy się na kilku kurtuazyjnych i nudnych wiadomościach. Tymczasem po pierwszej uprzejmej wiadomości Francuzka przeszła do sedna i umówiłyśmy się na kawę (a skoro zainicjowałam kontakt, to bez sensu się było teraz wykręcać).

Najpierw myślałam, że jakoś się przygotuję do tego spotkania, może wymyślę tematy i sprawdzę sobie słownictwo albo coś w tym stylu. Oczywiście moje przygotowania pozostały jedynie pięknym zamiarem i ostatecznie poszłam na żywioł, więc będąc na miejscu trochę przed czasem mogłam tylko się pozastanawiać, jak zacząć rozmowę.

Ostatecznie to moja rozmówczyni zaczęła i w ogóle okazała się tak sympatyczna, że mogłam przez dwie godziny robić straszliwe błędy i w ogóle się nimi nie przejmować, ba, mogłam się nawet upajać komplementami na temat tego, jak imponujący jest mój poziom po niespełna dwóch latach nauki. Tak naprawdę do tej pory nie mogę uwierzyć, że przez cały ten czas mówiłam po francusku, gdy sobie przypomnę, o czym mówiłam. No ale musiało tak być, bo angielskiego nie używałyśmy na pewno, a koleżanka mnie rozumiała, zaś jej polski jest na poziomie bardzo początkującym. Zostałam też uznana za rozgadaną, więc plotki o mojej nieśmiałości są chyba przesadzone. 

Muszę powiedzieć, że to spotkanie było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Oczywiście trochę stresującym, bo często brakowało mi słów, i to nawet takich najprostszych. Ale też pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w takiej długiej rozmowie po francusku i odkryłam, że potrafię też wyrażać swoje myśli w sposób w miarę zrozumiały, a nie tylko pytać o drogę i zamawiać jedzenie. Za parę dni powtórka z rozrywki i po cichu liczę na to, że będziemy się widywać regularnie, a wtedy to już na pewno nadrobię tę wielką zaległość z moim mówieniem.

Morał z tej historii jest taki, że warto się przełamać i faktycznie poszukać tych mitycznych native speakerów. 

I to by było na tyle w temacie tego, co u mnie słychać. Może niebawem wrócę do bardziej teoretycznej nauki w pobliżu komputera i blogasek nieco odżyje, zobaczymy. Tymczasem za parę dni przede mną kolejny zjazd w szkole prawa francuskiego, gdzie niestety, zgodnie z przewidywaniami, kolejni wykładowcy mówią coraz mniej wyraźnie.

3 komentarze:

  1. O właśnie! kiedy następna akcja lania farbą niesamouków? (::

    Co do Pottera to się zgadzam. Sama przez pół wakacji słuchałam audiobooka podczas spacerów z psem, co prawda po angielsku.

    To mój pierwszy komentarz na Twoim blogu na który zaglądam odkąd zaczęłam się uczyć francuskiego (maj/lipiec). Jest bardzo motywujący! Zaczynając obawiałam się, że samemu nie da się nauczyć tego języka, ale gdy czytam o Twoich postępach to trudno o wymówki ;)
    I super piosenka! Uzależniłam się.

    Pozdrawiam, anetanina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lanie farbą jest niezdrowe, lepiej się pouczyć :P
      Cieszę się, że blog spełnia swoją rolę, czyli motywuje :) Oczywiście, że da się nauczyć samemu, tylko trzeba się za to zabrać od właściwej strony i z odpowiednim nastawieniem :) Zapraszam do częstego zaglądania, może uda mi się tu jeszcze zamieścić parę inspirujących pomysłów :) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Najlepiej polaczyc wszystkie elementy razem - ksiazki, kurs, samodzielna praca w domu, rozmowy z nativami, filmy, etc, mozna by mnozyc przyklady w nieskonczonosc… Jezyka uczymy sie przez cale zycie, no chyba, ze mamy to szczescie, ze wychowujemy sie w rodzinie bilingue ;)

    OdpowiedzUsuń