sobota, 7 czerwca 2014

Sekretne pasaże Paryża, czyli jak uchronić się przed rozczarowaniem.

To miała być recenzja książki, ale trochę mnie poniosło i wyszło co wyszło. Na typową recenzję nie liczcie, choć warta uwagi książka gdzieś się tam czai, szczelnie okryta kołderką mojego słowotoku. Voilà.



Tak nas współczesna kultura masowa zaprogramowała, że na hasło „Paryż” niejeden zastrzyże uszami i pozwoli sobie choćby na przelotne ukłucie nostalgii, przebłysk tęsknoty za nie całkiem wysłowionymi obietnicami i fantazjami, a przy okazji zerknie jeszcze mimochodem, czy nie da się kupić tanich biletów lotniczych na jakiś nieodległy termin. Paryż, Paryż, podobno wart jest mszy, ale jeszcze bardziej wart jest odwiedzenia, cyknięcia sobie kilku czarno-białych fotek w strategicznych miejscach i odhaczenia najważniejszych punktów z przewodnika, polansowania się po kawiarniach, zeżarcia paru bagietek i okazania nieszczerego zachwytu nad nietrafnie wybranym winem z supermarketu, które było rozkosznie tanie, ale trochę jednak czuć w nim siarkę.

Od dawna chodzi mi po głowie stworzenie krótkiej instrukcji zwiedzania miast, na ratunek tym wszystkim niepoprawnym romantykom, którzy wciąż wierzą, że istnieje gdzieś miasto idealne, posiadające wyłącznie piękne budowle, wyłącznie udaną pogodę, tubylców czekających tylko, by wdać się z nimi w rozmowę i rozwiać nudę samotnego zwiedzania, miasto z atmosferą jak z bajki, gdzie nie ma korków, śmieci, bilbordów i innych turystów. Chciałoby się ustrzec przed rozczarowaniem tych wszystkich, którzy mogą po zwodniczo łagodnym lądowaniu boeinga na lotnisku de Gaulle'a natychmiast boleśnie zderzyć się z rzeczywistością.

Oczekiwania nasze podsyca dodatkowo internet, gdzie ludzie zwykli straszliwie kłamać o Paryżu (albo raczej pomijać niewygodne fragmenty), może ze wstydu przed sobą, że im się nie podobało aż tak bardzo, jak by chcieli. Wszak zawsze można się pocieszać zdjęciami pięknie obrobionymi w fotoszopie i opowiadaniem innym z lekką nutką wyższości, że tak, byłem, widziałem, zachwyciło, oj, jak zachwyciło.

Pewnie i Ty, Czytelniku, zdążyłeś już w życiu dojść do wniosku, że wszystkie europejskie miasta wyglądają z grubsza tak samo, mają swoje perełki, ale im więcej perełek, tym większy tłum psujący kadr, ludzie ubrani zupełnie współcześnie i nieco zbyt pstrokato, wokół reklamy, migające neony, hałas, samochody, ordynarne bloki i domy mieszkalne, spaliny, kebab i groch z kapustą. Trzeba co raz przymykać na coś oko i tylko wybiórczo zerkać na zadane fragmenty, żeby podsycać w sobie niegasnący płomień zachwytu, bo następne wakacje dopiero za rok.

A jednak, gdzieś tam w tle pospolitej codzienności, wciąż czai się w nas ta nostalgia i tęsknota, więc czasem prosimy: „o, Paryżu, uwiedźże mnie, oczaruj, zdradź swoje sekrety, poprowadź nieznanymi brukowanymi ścieżkami, na wyspy szczęśliwe Saint-Louis i la Cité zawiedź, upój mnie miksturą magiczną, dekoktem uwarzonym z emocji, wrażeń i atmosfery bohemy!”. I tak inwokując, na co dzień siedzimy sobie tutaj, na prowincji, która nie jest Paryżem, gdzie łatwiej w ten Paryż wierzyć, a od czasu do czasu próbujemy się ratować literaturą. Kto wie, może będzie nawet lepsza niż Paryż we własnej osobie?

Zdawać by się mogło, że książki z magiczną atmosferą Paryża muszą być na wyciągnięcie ręki, że przecież jest ich na pęczki, a co piąta okładka w księgarni straszy, czy też może nęci Wieżą Eiffla. Szukanie atmosfery w przewodnikach trochę mija się z celem, zdjęcia może i ładne, ale język trochę za suchy, za dużo faktów, za dużo dat, za mało ludzi i ich historii, a jeśli już, to zbyt zdawkowe, nie ma opowieści, w którą można by się wciągnąć. Co do wspomnianych powieści z paryskimi okładkami – lepiej w ogóle nic nie mówić! Błahe historie o zwykłych ludziach, którzy tylko czasem przemkną jakąś paryską ulicą i nawet nam o niej dokładnie nie opowiedzą.

Czasem zdarzy się jednak książka godna uwagi, której autor coś tam o Paryżu wiedział i miał coś ciekawego o nim do przekazania. Taką pozycją są w moim odczuciu „Paryskie pasaże” Krzysztofa Rutkowskiego. Pasaże czyli przejścia, zarówno te realne, ciągnące się korytarzami wśród kwartałów kamienic, w których to przejściach rozgościli się handlarze, jak i nieco bardziej metaforyczne przejścia prowadzące do dawnych epok i minionych wydarzeń. Autor oprowadza nas w swoich esejach po tych tajemnych zakamarkach, czarując bogactwem języka, igrając ze spostrzegawczością czytelnika narażonego na niczym nie oznaczone, wieczne nawiązania do różnych utworów i wydarzeń.
Pasaże mogą być: uliczne, podejrzane, modne albo diabelskie – a może i wszystkie naraz, ale taki podział zastosował autor, by jakoś pogrupować tworzone na przestrzeni czasu felietony, zgromadzone oto w jednym tomie. Zaczyna się to wszystko może trochę zbyt niepozornie, bo od spaceru po tych i owych ulicach, dzielnicach i rogatkach, bez mapy łatwo się zgubić, jeśli się nie zna miasta. Ale na szczęście można się wspomóc współczesną techniką i w razie czego zerknąć na jakiś street view albo zdjęcia satelitarne, które niestety w dziewiętnastym wieku nie funkcjonowały jeszcze jak należy, więc i tak wszystkiego się z nich nie dowiemy. Po rzuceniu okiem na architekturę, drastycznie przeorganizowaną w pewnym momencie przez niejakiego Haussmanna, przyjdzie pora na zanurzenie w artystycznym świecie bohemy, zbratanie z kilkoma poetami, pisarzami, malarzami czy innymi trutniami popijającymi absynt. Barwna to będzie przechadzka po kabaretach i rynsztokach, bok w bok z wieloma ciekawymi personami i przy tym bardzo pouczająca. Później jednak przeniesiemy się w świat bardziej nam już współczesny, zahaczymy o kilka wystaw, częstokroć niestety jedynie tymczasowych, które autor odwiedził i z których wyciągał wcale interesujące wnioski na temat ludzkich – może szczególnie francuskich – lęków, nawyków i upodobań. Będzie też parę słów o modzie, nie tylko tej z wybiegów, ale i tej z ulic, modzie na zdrady, na młode wino, na kult młodości i na bycie szczęśliwym. Całość kończy się wyciąganiem – wyłącznie celem prezentacji – diabła zza skór Francuzów, diabła polityki, kolaboracji i myśli komunistycznej i pomniejsze diabełki tkwiące w duszach pisarzy, intelektualistów, filozofów i zwykłych zjadaczy chleba. Trzeba spokoju i czasu, żeby to wszystko ogarnąć, przeżuć i przetrawić nagromadzenie faktów podane z takim polotem, że chciałoby się czytać szybko, zachłannie i co rusz sięgać po dokładkę, nie bacząc na potencjalne przejedzenie. Zresztą, choć treściwa to książka, to raczej niezbyt gruba.

Paryż Rutkowskiego zdaje się być chwilami ostentacyjnie plugawy, brudny i obskurny, zakazany, ponury i zagubiony, niepozbawiony narkomanów, ladacznic, transwestytów i pracujących na czarno imigrantów. Jakże odmienna to atmosfera od tej lansowanej w popkulturze, gdzie różowa i puchata miłość hasa po czystych i lśniących ulicach. A jednak książka, zapewne za sprawą barwnej, poetyckiej prozy, którą została napisana, czaruje i zachęca do wizyty w tym mieście. Daje, być może złudne, poczucie, że po jej lekturze nie dotknie nas już syndrom paryski, rozczarowanie i zniechęcenie, ale właśnie dzięki świadomości nędzy tego miasta będzie można wreszcie właściwie ocenić jego blaski. Z tej książki nie dowiemy się za bardzo gdzie pójść i co zwiedzać, ale może trochę spoufalimy się z duszą Paryża.

Swoje eseje autor pisał dwadzieścia lat temu, kiedy jeszcze nie tak łatwo było wskoczyć w samolot i po dwóch godzinach oglądać na własne oczy cuda skrywane przez miasto świateł. Od tego czasu trochę się pozmieniało, ale teksty Rutkowskiego nie straciły bardzo na aktualności, autor uniknął bowiem skupiania się na typowo bieżących problemach, ale starał się budować bardziej uniwersalne pasaże między miastem a czytelnikami, tak żeby jeszcze po latach dalej dało się z nich skorzystać.

Wszystkich entuzjastów i sceptyków Paryża zachęcam do lektury tej książki oraz do dzielenia się ze mną spostrzeżeniami na jej temat – a także na temat samego miasta, szczególnie pierwszego wrażenia, jakie na Was wywarło.

2 komentarze:

  1. Byłam w Paryżu dwa razy: parę lat temu(II klasa liceum) i rok temu. Mam więc pierwsze i drugie wrażenie... i nie wiem, czy to kwestia nastawienia (huura! jadę do Paryża!) czy czegoś innego, ale ja Paryż pokochałam. Nie tak bardzo jak Rzym, który jest i będzie moim numerem jeden, ale jednak. Ma atmosferę, ma aurę, ma swoją legendę, a to nie może nie zostawić śladów.
    Powiem więcej: za drugim razem Paryż spodobał mi się nawet bardziej, bo nie było nerwówki, że nie zobaczę czegoś, co bardzo chciałabym zobaczyć, że gdzieś nie zdążę, że coś mnie ominie. Za drugim razem to już były spokojne przechadzki bocznymi uliczkami i zaułkami, chodzenie po parkach, przypatrywanie się, jak starsi Francuzi grają w jakąś śmieszną grę na chodniku, jedzenie bagietki i długi spacer brzegiem Sekwany. Tym dla mnie jest Paryż.
    Oczywiście, ma swoje ciemne strony: te psie kupy na chodnikach, masy turystów, potwornie wywindowane ceny, kolejki do muzeów. Ale to właśnie sprawia, ze to miasto żyje: nie jest sztuczne, polukrowane, zapakowane w paczuszkę i przewiązane wstążeczką. Tam toczy się normalne życie. A Paryż, ten magiczny Paryż, "Paryż z pocztówek i mgły", dzięki temu nie jest tylko legendą, mitem: jest bardziej ludzki, na wyciągnięcie ręki, można do dotknąć i można w nim poczuć, że się żyje :)

    alessandra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alessandra, ale ja też lubię Paryż, nawet bardzo :) I już nie mogę się doczekać września, kiedy znowu tam skoczę na parę dni :) Wpis raczej odnosił się do tego, że ludzie często mają odrealnione oczekiwania względem tego miasta i oczekują właśnie paczuszki ze wstążeczką. Przyznam, że sama też chętnie bym widziała Paryż bez wielu jego mrocznych i niewygodnych aspektów :) A co do atmosfery, to też myślę, że każdy może mieć na jej temat nieco inne wyobrażenie i oczekiwania, amatorzy komedii romantycznych mogą się trochę rozczarować, ale już wielbiciele sztuki, architektury, historii, bagietek i croissantów będą się czuć w pełni usatysfakcjonowani :)

      Usuń