wtorek, 3 września 2013

5 sposobów na płynne rozmowy po francusku. (część druga)

Pomimo iż bardzo lubię beztrosko gawędzić i opowiadać o niczym, to jednak tym razem wszystkie osoby spragnione słowa wstępu zapraszam do pierwszej części niniejszego wpisu – o ile jeszcze go nie czytaliście, oczywiście. Znajdziecie tam obszerne wprowadzenie do moich rozważań oraz pierwszy z pięciu tytułowych sposobów, po które zapewne tutaj przyszliście. A tymczasem, żeby nie przeciągać w nieskończoność chwil oczekiwania, zapraszam do dalszej lektury. Przypominam, że „po pierwsze” odnosiło się do problemu nauki w warunkach domowych, natomiast teraz pora na rozprawienie się z sytuacją, gdy stajemy oko w oko z Prawdziwym Francuzem. A zatem!

Po drugie. Trzeba się wstydzić! Tak, miało to zabrzmieć jak herezja, ale poczekajcie z podpalaniem stosu pod moim laptopem teraz bowiem będzie morał z sytuacji, które przytoczyłam w pierwszej części swoich wywodów. Otóż, wśród różnorodnych porad dotyczących ćwiczenia mówienia w obcym języku zwykle pojawia się hasło „nie wstydź się”, „każdy robi błędy” i tak dalej. Oczywiście to dobra rada i święte słowa – ale czy aby na pewno właściwie sformułowane? Można sobie postanowić, że od teraz nie będziemy się wstydzić, ale tak naprawdę gdy przychodzi co do czego, gdy coś nam się nie udaje, nie możemy się dogadać i czujemy, że wychodzimy na głuptasa, to zwykle i tak krew napływa nam do twarzy i mamy ochotę się gdzieś schować. Ja przynajmniej tak mam i na przykład po opisanej wcześniej przygodzie w muzeum czułam się srodze zdeprymowana i niezadowolona z siebie. I, niestety, trzeba się pogodzić z faktem, że w podobnych sytuacjach czujemy wstyd, nawet mimo najbardziej zdecydowanych postanowień złożonych chwilę wcześniej. W moim przypadku jedynym skutecznym sposobem na walkę ze wstydem jest władowanie się w jak najwięcej takich niewygodnych sytuacji, tak że w końcu wreszcie dotrze do mnie, że mimo to żyję dalej, że po paru chwilach nikt o tym nie pamięta (poza mną), ba, mało tego, że teraz o wiele lepiej pamiętam, jakiego błędu językowego nie popełniać. Zwłaszcza świadomość, że minęło sporo czasu od „kompromitacji” a świat się mimo to nie skończył sprawia, że wszystkie kolejne pomyłki i nieporozumienia zaczęły po mnie spływać. Tak że kiedy kelner w restauracji zapytał mniej więcej o to, czy „jest w porządku” (mając na myśli otwarte okno za moimi plecami), a ja odpowiedziałam „oui, délicieux!” i poklepałam się po brzuszku (bo myślałam, że pyta o mój pusty talerz), to mogłam się tylko uśmiechnąć do siebie z rozbawieniem. Bo jak się tak spojrzy z dystansu na wszystkie swoje małe gafy, to można z nich zrobić całkiem niezłe anegdotki. Dlatego zachęcam Was – wstydźcie się jak najwięcej! Kolekcjonujcie wstydliwe sytuacje językowe tak długo, aż w końcu przestaniecie je w ogóle zauważać. Na osłodę prawie zawsze i tak dostaniemy komplement, że świetnie mówimy po francusku.

Po trzecie. Trzeba popracować trochę nad swoją techniką – a właściwie nazwałabym to swoistymi „językowymi kompetencjami miękkimi”. Pamiętacie te wszystkie mądre (mniej lub bardziej wiarygodne) statystyki odnośnie tego, że komunikacja werbalna to tylko ok. 20% całej komunikacji, a reszta to intonacja i mowa ciała? Dlatego ćwicząc swoje pierwsze rozmowy na obcej ziemi warto podpierać się gestykulacją – nawet jeżeli znamy słowa, które są nam potrzebne i uważamy, że nie potrzebujemy porozumiewać się na migi i że to uwłacza naszej ambicji. W ten sposób ułatwiamy naszemu rozmówcy zrozumienie nas nawet w sytuacji, gdy nasza niewprawna wymowa nieco zaciemnia przekaz i dzięki gestom przyśpieszamy komunikację; zachodzi też mniejsze ryzyko, że ktoś nas poprosi o powtórzenie a my się speszymy. Albo co gorsza, odejdziemy do domu tylko z jednym ciastkiem, bo cukiernik nie zrozumiał liczebnika (naprawdę, mam chyba jakiś problem z wymową z pozoru prostego „deux”!). Równie ważne jest obserwowanie gestykulacji i mimiki naszego rozmówcy, zwłaszcza że Francuzi chętnie akcentują swoje wypowiedzi przy pomocy rąk, przynajmniej kiedy wiedzą że rozmawiają z kimś, kto nie mówi za dobrze w ich języku. Oprócz tego w celu właściwego zrozumienia warto skupiać się na kontekście, bo gdy wiemy, czego możemy się spodziewać, łatwiej nam to usłyszeć. A gdy nie zrozumieliśmy, nie kładźmy tego od razu na karb naszego braku umiejętności, spójrzmy na sytuację racjonalnie. Ja na przykład bardzo często nie rozumiem niechlujnie i szybko mówiących Polaków, nie rozumiem w całości rozmów Polaków w autobusach i na ulicach (wszak nie mówią do mnie i stoją w pewnej odległości), a hałasy i szumy często każą mi prosić o powtórzenie tego, co mówi do mnie mój własny chłopiec idący tuż obok. Każdą wypowiedź, niezależnie od tego, czy w języku ojczystym, czy obcym, łatwiej nam zrozumieć, gdy się skupimy, gdy znamy kontekst, nic nam jej nie zakłóca i gdy rozmówca mówi poprawnie. Dobrze więc zdawać sobie sprawę z tego, że nie można każdej sytuacji wrzucać do tego samego worka i że brak zrozumienia nie musi być zależny od nas. To niby oczywiste, ale jeśli będziemy o tym pamiętać, od razu poczujemy się pewniej i polepszy nam się samopoczucie.

Po czwarte. Im wolniej mówimy, tym więcej czasu mamy na myślenie. Wiadomo, że chciałoby się od razu popisać płynnością i spontanicznością, ale często kończy się to tak, że sami słyszymy jakie oczywiste błędy robimy. Za prędkim językiem głowa nie zawsze nadąża, więc mylą nam się rodzajniki, czasowniki posiłkowe albo w ogóle czasy, a poza tym po szybkim fragmencie nadchodzi smutna pauza na przypominanie sobie jakiegoś słówka. Dlatego najlepiej od razu zwolnić, tak żeby spokojnie wszystko z siebie wyartykułować, dać sobie parę sekund więcej na analizę swojej wypowiedzi, a rozmówca przecież nam w tym czasie nie ucieknie. Niby wydaje się to takie proste w teorii, ale w praktyce naprawdę trzeba się trochę namęczyć, zanim się uda powściągnąć narzucanie sobie takiego tempa, jak w ojczystym języku. To jest odruch, bo skoro przychodzi nam do głowy istota odpowiedzi, to chcielibyśmy ją od razu ogłosić, zapominając o tym, że w języku obcym nie mamy tak ogromnej biegłości. I z tym wiąże się również ostatni już punkt, czyli

Po piąte. Nie tłumaczmy każdej myśli z polskiego na francuski, ale upraszczajmy nasze zdania. Im prostsze zdanie, tym większa szansa, że zostaniemy zrozumiani, zanim się zaplączemy, zatniemy pięć razy i wpadniemy w panikę. Zamiast pytać: „czy osobom, które mają skończone dwadzieścia pięć lat, przysługuje zniżka na bilet” powiedzmy: „mam dwadzieścia pięć lat, czy mogę kupić bilet ulgowy?”. Podobnie jak zaniechanie zbyt szybkiego mówienia, tak samo i takie upraszczanie nie jest wbrew pozorom oczywiste i proste. W obu tych kwestiach ważne jest uświadomienie sobie, że jest to coś, na co powinniśmy zwracać uwagę i musimy próbować to kontrolować. Dobrze jest zastanowić się przede wszystkim nad słowami-kluczami, które pomogą przekazać nam naszą myśl, a nie zaczynać tłumaczyć od początku to, co przychodzi nam do głowy po polsku. Nie twierdzę oczywiście, że mamy w ogóle zaniechać używania w praktyce trudniejszych konstrukcji i słówek, ale za każdym razem warto się zastanowić, jaki jest nasz główny cel. Jeżeli chcemy uzyskać konkretną informację albo załatwiamy jakąś sprawę, to najważniejsze jest jej sedno, mamy też trochę mniej czasu, bo mimo wszystko (i mimo tego, że próbujemy mówić w rozsądnym dla nas tempie), kelner, sprzedawca i przechodzień też nie poświęcą nam tyle uwagi, żebyśmy mogli w spokoju przećwiczyć wszystkie tryby warunkowe i subjonctif – i wtedy właśnie najlepiej jest się streszczać, dążyć do prostoty i nie kombinować zanadto. Poza tym względna prostota zawsze jest dobra, bo daje nam poczucie, że udało się sprawnie dogadać, a zatem osiągnęliśmy mały sukces – wtedy się rozluźniamy i mówienie od razu idzie nam lepiej. Dlatego warto o tym pamiętać nawet wtedy, gdy rozmawiamy po francusku z kimś, kto siedzi z nami przy stole i ma dla nas więcej czasu, a my chcemy wyjść poza standardowe formułki.

Voilà, oto moje magiczne sposoby; niby są to truizmy, ale o właśnie o oczywistych rzeczach najczęściej się zapomina, bo przecież są tak oczywiste, że szkoda czasu na ich zapamiętywanie. Dlatego proponuję zrobić sobie małą ściągawkę na wypadek rozmowy w obcym języku:
1. w codziennej nauce nie pomijaj ćwiczeń na mówienie;
2. zrób tyle wstydliwych błędów, że aż będzie ci wszystko jedno;
3. gestykuluj, patrz na gesty, koncentruj się i zrzucaj winę za niezrozumienie na hałas;
4. mów powoli, a w międzyczasie myśl;
5. buduj proste zdania, używaj słów-kluczy.
Najlepiej to sobie wydrukować, wyciąć i nosić przy sobie :)

Chcę jeszcze dodać, że chociaż skupiłam się głównie na ciemnych stronach moich konwersacji z Francuzami, to tak naprawdę było też mnóstwo sytuacji, w których wracałam z tarczą, a nie na tarczy. Za każdym razem kiedy odkrywałam, że oto udało mi się powiedzieć wszystko to, co chciałam i jeszcze w dodatku właściwie reagować na zadawane mi pytania, to czułam że pękam z dumy i chciałam mówić więcej i więcej. Poza tym mój M. był naprawdę bardzo pomocny, ponieważ zmuszał mnie (mimo iż to go wyłączało z konwersacji) do rozmawiania po francusku z naszą gospodynią, u której wynajmowaliśmy pokój (przez airbnb.com – fajna sprawa, w dodatku tańsza niż hostel), więc mogłam codziennie komuś opowiedzieć, co robiliśmy w ciągu dnia i co nam się przydarzyło. Czuję, że gdybym miała więcej czasu, to w takich okolicznościach nauczyłabym się mówić błyskawicznie.


A już na sam koniec mała ciekawostka podpatrzona na dworcu kolejowym. Dla tych, który tak jak ja do tej pory kojarzyli słówko „emprunter” wyłącznie z pożyczaniem czegoś od kogoś.






15 komentarzy:

  1. Świetna robota! Chyba wymuszę na moich uczniach obowiązek przeczytania go :) Ciągle im powtarzam "wolniej", "przekombinowałeś", "uprość", "mów nawet z błędami" etc. Moi rodzice nie znają francuskiego i z Ch. porozumiewają się podstawowym angielskim w połączeniu z gestykulacją. Nie wiem, jak oni to robią, ale naprawdę się dogadują. Oczywiście od czasu do czasu muszę interweniować, gdy rozmowa schodzi na poważniejsze tematy, ale na co dzień taka komunikacja w zupełności wystarcza!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mój wpis został tak pozytywnie odebrany. A co do gestykulacji, to oczywiście nie namawiam do tego, żeby zatrzymać się na podstawowym poziomie i resztę załatwiać rękami, ale równorzędne mówienie i "odgrywanie scenek" pozwoliło mi nabrać większej pewności, że to co mówię jest jasne dla mojego rozmówcy. Tak samo jeśli ktoś mówi do mnie i może nawet użyć nieznanego mi słowa, ale zobrazuje je gestem, to pewnie od razu załapię, co ma na myśli, a i nowe słówko wpadnie do słownika :) Na początku trochę nie doceniałam tego narzędzia, wręcz starałam się nie machać rękami, żeby to moje słowa mówiły za mnie. Ale tak jest zdecydowanie łatwiej, naturalniej i weselej :)

      Usuń
  2. Podpisuję się pod Justyną- bardzo mądry i przydatny post! Również będę go polecać uczniom :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe spostrzeżenia. Jeśli o mnie chodzi to ja przy nauce francuskiego od razu byłam rzucona na głęboką wodę. Przyjechałam do Francji bez znajomości języka. Początki były ciężkie, ale już po roku nauki zdałam DELF na poziomie B1 i teraz chętniej mówię po fr niż po ang. Dawniej nie sądziłam, że będę mieszkać we Francji i że nauczę się kiedykolwiek tego języka. A jednak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też chętniej mówię po francusku, choć to wcale nie znaczy, że lepiej niż po angielsku ;) Ale zahipnotyzowałam się już do tego stopnia, że francuskie słówka jako pierwsze przychodzą mi do głowy nawet jeśli samo sklecenie zdania jest nieco mniej płynne. Teraz nie bałabym się osiedlić we Francji, ale żeby zaczynać tak zupełnie od zera naukę języka tam na miejscu to trochę strach :) Ale pewnie też przy odrobinie motywacji efekty są dużo lepsze.

      Usuń
  4. Gratuluję podjęcia tylu wyzwań. Twoje wnioski są bardzo trafne. Czasem tylko droga, od ich zaakceptowania do wdrożenia w życie, nieco dłuższa. Ale Tobie się udało i to motywuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiedziałabym, że w pełni je u siebie zaimplementowałam ;) Ale uświadomienie sobie na własnej skórze, że to pomaga, daje o wiele lepsze efekty niż sama teoria :)

      Usuń
  5. Przeczytałam obydwa wpisy od razu, bardzo mnie wciągnęły, choć Francja i francuski to zupełnie nie moje klimaty. Bardzo cenne porady, świetnie poparte przykładami. I do tego motywujące!
    Wiele rzeczy widzę także w swoim zachowaniu lub w zachowaniu moich uczniów.

    A najlepiej znam chyba problem z mówieniem prostymi zdaniami! Najbardziej bolesny chyba dla tych, którzy uwielbiają w swoim ojczystym języku kwieciście opowiadać - wtedy robi się trochę przykro, że swoje wypowiedzi w języku obcym trzeba na początku "spłaszczać", żeby się komunikować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! Na przykład ja bardzo lubię barwny styl opowiadania i zabawy słowami :) Ale przynajmniej wiem, do jakiego poziomu dążyć we francuskim :)

      Usuń
  6. Dobry tekst. Te same rzeczy można powiedzieć o nauce niderlandzkiego - sprawdziłam to osobiście :)
    Pozdrawiam ;)
    Dora
    www.jezykholenderski.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. W czasie urlopu mialam w domu na poludniu bratanka z Polski, ktory uczy sie od 2-3 lat francuskiego. Rzeczywiscie za malo gestykuluje :))
    Pod koniec pobytu zaczal upraszczac i mowic krotszymi zdaniami, ale na poczatku nie bylo to takie ewidentne.
    Zdarzylo mu sie tez pare gaf podczas pobytu jego rodzicow, ktorzy przyjechali pod niego pod koniec.
    Np pomylily mu sie ze sluchu slowa souci et saucisse i wyszlo na to, ze pewna pani robila kielbasy zamiast sie martwic :)
    Wyszlo tez na jaw, ze to ciocia (=ja) przyniosla wrobla kotkowi, a nie kotek cioci...
    No i w Wielkiej Brytanii placi sie "ksiazkami", jak to nie wiedzieliscie ?

    Smiechu bylo czasem co nie miara, ale to wlasnie dzieki temu pewnych bledow juz nigdy nie popelni :))

    Pozdrawiam Nika

    PS Acha, przypomniala mi sie jeszcze jedna rada, o ktorej chcialam wspomniec . Gdy jestescie gdzies na prowincji i jecie kolacje czy obiad w restauracji, to nie obawiajcie sie zagadac do siedzacych obok osob (powiedzmy gdzies kolo deseru, albo gdy czekaja na danie).
    Zapytac o cos, zagaac do psa, zapytac jak sie wabi (jesli sa z psem naturalnie:).
    Na urlopie Francuzi tez lubia sobie pogadac i zapytac o cos, wiec juz jest okazja do konwersacji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę że takie anegdotki są warte zapamiętywania i opowiadania innym uczącym się języka. Samo stwierdzenie, że każdy popełnia błędy, jest dużo mniej przekonujące, niż jakiś ciekawy przykład z życia wzięty :)

      O zagadywaniu będę pamiętać, chociaż teraz pewnie nie będę miała tak szybko okazji, żeby pojechać do Francji. Trzeba będzie poczekać do następnych wakacji :)

      Usuń
  8. Ja też jestem zachwycona tym wpisem, chociaż uczę włoskiego, a nie francuskiego, po francusku ledwo co dukam. Ale porady są świetne! Najbardziej podoba mi się ta z niewstydzeniem się - rzeczywiście, to pomaga się wyluzować, a w dodatku musi być ograniczona liczba gaf, które pojedynczy człowiek jest w stanie popełnić :P Ja zwykle się zwijam ze wstydu, jak zdarzy mi się popełnić błąd - wtedy Włosi patrzą na mnie z politowaniem i mówią: "Serio, powiedziałaś tak?" i gadają dalej :p
    alessandra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że liczba gaf jest nieograniczona... W każdym razie ja jeszcze nie dotarłam do mojej granicy :D Ale każda kolejna jest odrobinę mniej bolesna :)

      Usuń
  9. Zachwyty nad postem w pełni zasłużone i podobnie jak dziewczyny mam zamiar podtykać Twój wpis moim uczniom pod nos. A i sobie powinnam niektóre z nich wydrukować i powiesić nad biurkiem, bo wół czasem zapomina jak cielęciem był. Z mojego doświadczenia nr 5 to największa bolączka - wszyscy od razu chcieliby mówić pięknie pełnymi zdaniami, z tymi wszystkimi "chyba, że" "gdybym" itp ;) (w niemieckim do dosyć skomplikowane konstrukcje, zdecydowanie nie dla początkujących, aczkolwiek nie są jakieś strasznie trudne).

    OdpowiedzUsuń