wtorek, 8 października 2013

I Ty zostaniesz Pitago... tzn. samoukiem, oczywiście. (10 marnych wymówek, po które nie warto sięgać)

Zimno się zrobiło i październik w rozkwicie, dlatego chociaż nigdy nie byłam za bardzo przywiązana do kalendarzy i wiele znaczących dat, na które trzeba specjalnie wyczekiwać zanim się coś zacznie, to z okazji rozpoczętego właśnie roku akademickiego postanowiłam co nieco napisać o zaczynaniu. Październik jest bowiem miesiącem, w którym w szkołach językowych zaczyna się nowy semestr, a w wypoczętych po wakacjach studentach siedzi mnóstwo zapału i postanowień, że tym razem będą się uczyć więcej, pilniej i chętniej, zamiast marnować czas na nie wiadomo co. A przynajmniej ja zawsze miałam w październiku taki uroczy słomiany zapał... Warto więc wykorzystać ten moment i podjąć decyzję o rozpoczęciu nauki języka obcego albo o porządnym wzięciu się za naukę już rozpoczętą.

Od słów do czynów droga bywa jednak daleka, zaś w dzisiejszej notce zamierzam poopowiadać nieco o przeszkodach, które sprawiają, że nasze wzniosłe postanowienia często pozostają jedynie mglistym planem na dalszą przyszłość. Być może pozwoli to komuś spojrzeć na siebie z dystansu i tym razem naprawdę wziąć się do roboty. Zapraszam do lektury.

Dlaczego tak trudno wziąć się za język obcy?

Według moich obserwacji cały czas króluje w narodzie przekonanie, że języka obcego można się nauczyć tylko od profesjonalisty, najlepiej od native speakera, na prywatnych lekcjach albo po prostu na kursie językowym. Ewentualnie można wyjechać na dłuższy czas za granicę i wtedy język obcy sam wskoczy nam do głowy, gdy zjemy już odpowiednio dużo croissantów albo zmyjemy wystarczającą ilość kufli po piwie. I z tą myślą zakodowaną gdzieś głęboko większość ludzi daje sobie spokój z całą zabawą, mówiąc:
Nie mam kasy na kurs”,
Mam tak ułożony plan zajęć, że żadna grupa zajęciowa mi nie pasuje.”
W poniedziałki i czwartki jestem tak wykończony, że nie dam rady jeszcze siedzieć na francuskim, a w soboty chcę się wyspać”
Ta szkoła językowa do której chodziłem, była beznadziejna, a nie wiem gdzie indziej mógłbym się zapisać”.
Byłem już na kursie B1, ale nadal nic nie umiem i B2 to dla mnie za dużo, a głupio znowu iść na B1.”

Większość tych argumentów wydaje się nie do zbicia. Można oczywiście się upierać i tłumaczyć, że na kurs możesz sobie odłożyć pieniądze (wytłumacz to studentowi dziennemu, który mieszka w akademiku i utrzymują go rodzice), ofert na rynku jest tyle, że jakiś termin na pewno się znajdzie (choćby w jakiejś nikomu nie znanej i trochę podejrzanej szkole, do której jedzie się godzinę), no i lepiej zapisać się na wyższy poziom i w międzyczasie nadrobić zaległości („Poprzednio tak zrobiłem i nie nadążałem, więc musiałem zrezygnować”). Jestem pewna, że takie przekonywania nie dadzą zbyt dobrych rezultatów. Proponuję więc zacząć z innej strony i odpowiedzieć sobie na dwa pytania:

Po pierwsze, czy naprawdę chcesz się uczyć języka obcego?
Większość pewnie odpowie, że tak, chce, bo języki obce trzeba znać, bo to dobrze wygląda w CV i łatwiej potem znaleźć pracę. Tylko że to są powody, dla których ktoś chce znać język obcy, a nie dla których chce się go uczyć. Oczywiście, to bardzo praktyczne powody. Jednak jak wiadomo, dotarcie do poziomu, który pozwalałby na wpisanie do CV danego języka (bez strachu, że jeszcze ktoś nas o coś spyta) musi zająć trochę czasu – a po drodze zapał często zdąży ostygnąć, cel zniknie z oczu za jakąś górką, a my zostaniemy z kursem opłaconym do końca roku i brakiem chęci na regularne pojawianie się tam. I może nawet dotrwamy do końca, zgarniemy dyplom i zmusimy się do zrobienia certyfikatu, ale ile się przy tym wycierpimy, to nasze.

O ileż byłoby przyjemniej, gdybyśmy spojrzeli na naukę jak na coś ciekawego, wzbudzili swoje zainteresowanie tym skomplikowanym szyfrem, który czeka na rozwikłanie, poczuli potrzebę uzupełnienia swojej wiedzy o kulturze jakiegoś kraju znajomością jego języka. Nie ma uniwersalnej metody na polubienie nauki. Jeśli mamy smykałkę do rozwiązywania zadań albo chociaż zagadek, możemy spojrzeć na proces nauki jak na szereg zadań, które da się rozwiązać według ukrytego klucza. Miłośnikom muzyki mogą pomóc piosenki, które łatwiej zostają w głowie, miłośnikom rywalizacji może pomóc widmo kolegi, który już ma w CV jakiś certyfikat, więc żeby go wyprzedzić, trzeba machnąć kilka kolejnych lekcji ;) A może kojarzycie taki program na Discovery „Jak to jest zrobione?” Język też można rozłożyć na małe kawałeczki, obejrzeć je sobie pod światło, a potem spróbować skręcić według pewnego schematu (i jak to zwykle bywa przy takim samozwańczym majsterkowaniu, na końcu zostaną nam jakieś tajemnicze części, z którymi nie wiadomo co zrobić, ale i bez nich machina znowu działa). A jeśli jesteście miłośnikami literatury, to może poczujecie, jak każdy kolejny dzień nauki przybliża Was do chwili, w której zrozumiecie francuskie wstawki w „Wojnie i pokoju”, których nikt nie opatrzył przypisami, bo przecież arystokracja francuski doskonale zna.

Uczenie się języka jako proces, w który się wkręciliśmy, potrafi być świetnym alibi, gdy będziemy się zastanawiać, czy nie marnujemy za dużo czasu na rozrywki i głupoty. Bardzo łatwo wykształcić w sobie nawyk podobny do tych, które każą nam wchodzić po kilkanaście razy na te same strony i zapuszczać się w meandry Internetu – i w ten sam sposób „w międzyczasie” zrobić jakieś ćwiczenie, sprawdzić słówko, przeczytać newsa, poszukać tekstu piosenki, obejrzeć odcinek serialu. Nasz mózg będzie zadowolony, bo pomyśli, że namówił nas do kolejnego rozproszenia się i skupienia na pochłaniaczu czasu, a tu psikus, zrobiliśmy coś pożytecznego :) W ten sposób odkryjemy przy okazji, że wcale nie mamy tak mało czasu na naukę – a to przecież kolejna przeszkoda niemal nie do pokonania. Wiadomo, że po pracy trzeba się zrelaksować, nie można zajmować się tylko obowiązkami, ale przerzucenie języka do szufladki „odpoczynek” pomoże nam uszczknąć trochę czasu na naukę. Oczywiście nie namawiam do odpoczywania przy francuskim od razu po ośmiu godzinach intelektualnego wysiłku w pracy, ale po posiłku i wskoczeniu w wygodne ciuchy, kiedy przychodzi czas na przegląd forów, portali internetowych i grania w gry, można spokojnie zminimalizować te aktywności i zająć się nowym, wspaniałym, pociągającym hobby (lepiej to brzmi, niż „nauka”, co nie?:))

Po drugie, czy naprawdę nie jesteś w stanie nauczyć się języka bez pomocy nauczyciela?
Nie wszystko, co ludzie mówią i piszą w Internecie jest prawdą, nie zawsze piszą to co myślą, a czasem też zmieniają poglądy. Dlatego każdego, kto szuka odpowiedzi na pytanie, czy może porządnie nauczyć się języka obcego bez zapisywania się na kurs, zachęcam do krytycznego czytania wypowiedzi innych osób, bo Internet jest bogaty w twierdzenia, że bez kursu ani rusz.
Zastanawiając się, czy to prawda, zacznijmy może od znalezienia zazwyczaj wskazywanych powodów, które rzekomo miałyby sprawić, że samodzielna nauka jest często niemożliwa, niewskazana, albo skazana na niepowodzenie.

1. „Wymowa francuska jest tak trudna, że lepiej pójść na kurs, bo bez tego nigdy się nie nauczymy mówić i tylko nabierzemy złych nawyków. Dlatego przynajmniej podstawy trzeba przećwiczyć z nauczycielem, a dopiero później można ewentualnie próbować samodzielnie to ciągnąć.”

Tak, myślę że kiedyś to mógł być problem – jak byłam mała i nie było jeszcze Internetu, to też mnie frustrowało, że nie wiem jak się nauczyć francuskiej wymowy. Bez żalu informuję, że ta wymówka się zdezaktualizowała. No bo jak się uczy wymowy na kursie? Pani recytuje alfabet, a my powtarzamy. Pani pokazuje nam zbitki liter i je odczytuje, a my powtarzamy. Pani podaje nam wyrazy określające mamę, siostrę i brata, a my je powtarzamy. Potem, cóż za pasjonująca kwestia, uczymy się przedstawiać, podać swój wiek i wskazywać miejsce zamieszkania. I proszę bardzo, każdy głośno powtarza: „Je m'appelle...”. Kurs na poziomie A1 nie należy do najbardziej pasjonujących, ale swoje i tak kosztuje. To samo, szybciej i taniej, można osiągnąć, włączając sobie alfabet na Youtube, przeglądając książkę z podstawami fonetyki i zaopatrując się w gadający program do nauki słownictwa. I powtarzając głośno, a jeśli nie wiemy, czy idzie nam dobrze, to możemy się nagrywać i porównywać z oryginałem. Ba, są nawet programy, które analizują naszą wymowę i oceniają jej poprawność. 

Wymowy uczymy się słuchając i powtarzając, a także po prostu słuchając i oswajając się z brzmieniem języka. W szkole językowej nie ma czasu na zaaplikowanie naszym uszom takiej ilości nagrań, żeby nasza wymowa stała się piękna i gładka, a w dużej grupie rzadziej mamy okazję dojść do głosu. Dlatego nauka na kursie będzie nam szła powoli i wtedy rzeczywiście, poczujemy ten okropny trud związany z francuską wymową! A tu trzeba po prostu, rach, ciach, siąść, osłuchać się, napatrzeć na słowa, porównać z nagraniem (polecałam już na FB stronę Forvo), odrzucić angielskie i polskie reguły wymowy i zrozumieć wcale nie tak bardzo skomplikowany schemat. I przeznaczyć na poziom A1 maksymalnie ze trzy miesiące, a nie cały rok akademicki. 

Nie twierdzę, że kursy językowe są całkowicie bezużyteczne. Ale zupełnie nie zgadzam się z podejściem, że podstaw musimy się nauczyć w szkole, a dopiero potem możemy uczyć się sami. Uważam, że jest wręcz odwrotnie, ponieważ podstawy są proste, a na rynku jest dostępnych mnóstwo źródeł, z których możemy się ich nauczyć szybciej i co najmniej równie skutecznie. Dopiero później zaczynają się schody, związane głównie z potrzebą kontrolowania poprawności naszych dłuższych wypowiedzi pisemnych i ustnych no i z potrzebą znalezienia partnera do rozmowy. Oczywiście to też da się załatwić bez kursów, ale wtedy według mnie mają już one jakiś sens. Choć gdybym już miała komuś płacić za uczenie mnie języka, to myślę że wybrałabym indywidualnego nauczyciela i sama ustaliła z nim program dopasowany do moich potrzeb, a nie dostosowywała się do tempa i potrzeb grupy.

2. Ktoś musi mnie poprawiać, bo inaczej zacznę utrwalać swoje błędy.” oraz „Ktoś musi mną kierować i tłumaczyć zagadnienia, bo z książek do języków nic się nie da zrozumieć”.

Zacznijmy od książek, bo tu sprawa jest oczywista – choć nie dla wszystkich. Na kurs kupujemy drogi, kolorowy podręcznik przeznaczony specjalnie do pracy z nauczycielem, a zatem pełen zdjęć uśmiechniętych ludzi, za to pozbawiony jakichkolwiek wyjaśnień reguł gramatycznych. Jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję dla tworzenia takich podręczników jest takie, że nauczyciel chce się czuć potrzebny. Dobra wiadomość jest taka, że istnieją również podręczniki dostosowane do samodzielnej nauki, i to właśnie po nie powinniśmy sięgać. Zwykle sprawdza się reguła, że im mniej obrazków, tym lepiej (dopuszczalne są pojedyncze okazy dla ozdoby i rozweselenia, ale co do zasady ważny jest tekst). Szukając więc książki nie bierzcie za bardzo do serca „pomocnych” komentarzy na forach internetowych w stylu: „My na kursie robimy «Alter Ego» i jestem zadowolony”. A jeśli potrzebujemy bardzo, żeby ktoś nam głośno opowiadał o regułach gramatycznych, to polecam poszukać również kursów w podcastach. 
 
Natomiast problem poprawiania oraz utrwalania błędów też już urósł do rangi mitu. Zastanówmy się bowiem, jak wyglądają początki naszej nauki i co tam jest do poprawiania. Wymowa pojedynczych słów i zdań – którą bez trudu możemy odtworzyć z nagrań dostępnych w internecie. Błędy ortograficzne i gramatyczne w pojedynczych zdaniach, które próbujemy konstruować – a które możemy wrzucić do sprawdzenia np. na italki albo lang8, tak samo zresztą jak dłuższe teksty. Ba, możemy tam również wrzucać nagrania naszych wypowiedzi do oceny przez native speakerów. Co dalej? Ćwiczenia gramatyczne – które zwykle mają klucz rozwiązań. Coś pominęłam?

Warto dodać jeszcze dwie rzeczy. Im więcej czasu spędzimy na nauce języka, im więcej ćwiczeń zrobimy, im więcej tekstów przeczytamy lub usłyszymy, tym więcej wprawy nabierzemy i zaczniemy sami widzieć nasze błędy. Więc nawet jak przez jakiś czas będziemy tkwić w przekonaniu, że coś jest tak, a potem się okaże, że jednak inaczej, to będziemy w stanie się opamiętać i nawrócić. Poza tym jeśli czegoś nie rozumiemy i nie wiemy, skąd się coś bierze, to zamiast od razu czekać na wyjaśnienie od nauczyciela, warto poszukać samodzielnie, w innych książkach albo nawet w Googlach.

3. „Jestem tak leniwy i niezorganizowany, że tylko kurs mnie zmotywuje.” oraz „Nie mam czasu na naukę, a tak to będę mieć motywację, żeby dwa razy w tygodniu wygospodarować po półtorej godziny.”

Taaaak.
Nie wykluczam, że kogoś faktycznie może zmotywować kurs albo chociaż świadomość, ile na niego wydał. Ale na kursie, który trwa jakieś 60 godzin w semestrze, wiedza nie wlewa się do głów z powodu samej naszej obecności. Odpuszczę sobie powtarzanie truizmów o tym, jak to bez samodzielnej nauki i codziennej systematycznej pracy wiele się nie osiągnie. Powiem tylko, że chodziłam kiedyś na kurs angielskiego, który miał mnie zmotywować, ale chodziłam tam tylko z obowiązku, nie chciało mi się nawet odrabiać prac domowych, a do tego cierpiałam męki z powodu nudnego native speakera (nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi). Nie nauczyłam się tam wiele, choć dziwnym trafem wszystkie testy i tak pisałam z wynikiem w granicach 95% - a po skończonym semestrze wcale się na takie 95% nie czułam. Jeśli więc chcemy, żeby kurs uspokoił nasze sumienia i żebyśmy nie musieli poza nim myśleć o nauce, to chyba warto jeszcze raz wrócić do pytania, czy naprawdę chcemy się uczyć języka obcego. Bo jeśli tak, to możemy to robić w cieple i zaciszu własnego domu, nie tracąc czasu (!) na dojazdy ani na czekanie, aż reszta grupy przeczyta czytankę i wypełni ćwiczenie w podręczniku. I poświęcać na każde zagadnienie i każdy poziom zaawansowania tyle czasu, ile nam potrzeba, a nie dostosowywać się do rytmu szkoły.




Mam nadzieję, że dotarłeś aż tutaj, drogi Czytelniku i że być może udało mi się namówić Cię do innego spojrzenia na temat. Nauka francuskiego może być Twoim hobby, a nie śmiertelnie poważnym zadaniem do wykonania. Warto uwierzyć we własne siły i wziąć sprawę w swoje ręce, a za zaoszczędzone na kursie językowym pieniądze kupić sobie coś ładnego :)

19 komentarzy:

  1. Niestety, ja się najwięcej uczę na kursach - bo MUSZĘ gadać i nie MUSZĘ się przejmować błędami. Niestety kursy w Szwajcarii są baaaaardzo drogie, także w praktyce powinnam się uczyć sama...i niestety mam problemy ze zorganizowaniem, motywacją...właściwie wszystkie wymówki podane w tym poście dotyczą właśnie mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko na wszelki wypadek wyjaśnię, że nie twierdzę, że uczenie się na kursach jest złe, bo to zawsze przecież uczenie się ;) Miałam na myśli przede wszystkim sytuacje, kiedy ktoś najpierw znajduje wymówkę, dlaczego nie może się zapisać do szkoły językowej, a potem udowadnia, że bez tego to już przepraszamy, nic się nie da zrobić.

      Usuń
  2. Każdy musi odnaleźć metodę dla siebie. Ja preferuję indywidualne kursy, właśnie tak uczę się francuskiego. To mnie bardziej motywuje niż samodzielna nauka, ale to zależy od ogólnej sytuacji, bo np. hiszpańskiego nauczyłam się sama. Myślę, że nie każdy jest w stanie nauczyć się języka obcego samodzielnie. Znam osoby, które nie są w stanie, ale jest to związane z tym, że nie potrafią odnajdywać powiązań i budować mostów w mózgu :)

    http://niemiecki-po-ludzku.blogspot.de/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale zawsze warto spróbować i nie wychodzić z założenia, że się nie uda :) Chyba faktycznie za mało wyraźnie zaznaczyłam, że chodzi mi przede wszystkim o podjęcie jakiegoś wysiłku nawet wtedy, gdy kurs jest poza naszym zasięgiem, a nie o nawracanie wszystkich i radzenie im, żeby rzucali szkoły, skoro już tam chodzą ;)

      Usuń
  3. Z kursem czy bez kursu , jezyk sam do glowy nie wejdzie. Trzeba pracowac nad nim, poznawac, odkrywac, odszyfrowywac filmy, ksiazki, czasopisma ...
    I najlepiej miec dobre powody mobilizujace do pracy lub znalezc w procesie uczenia sie duza przyjemnosc. A najlepiej i jedno i drugie ...
    A gdy juz opanujemy jezyk na tyle, ze zrozumiemy np sztuke (komedie) w teatrze lub teksty w kabarecie, wowczas nagle otwiera sie przed nami cale bogactwo dostepne przedtem tylko dla native speakerow...
    Pozdrawiam Nika

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam, się z przedmówcą. Żaden język do głowy nie wejdzie sam. Ja uczę się sama od 4 miesięcy (książki dla dzieci i dorosłych, gazety, youtube etc) i nie jest to łatwa zadanie. Głównie jeśli chodzi o zmobilizowanie się bo przecież jest tyle innych rzeczy do zrobienia :) Ale gdy się ma cel to jest o wiele łatwiej bo wszystko nabiera sensu. Polecam wszystkim, to bardzo dowartościowuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bardzo lubię to uczucie że nagle rozumiem coś, czego jeszcze parę miesięcy wcześniej nie rozumiałam :) To jest chyba najbardziej motywujące - satysfakcja, że udało mi się tego dokonać samej :)
      Życzę powodzenia i wytrwałości i zapraszam do zaglądania tutaj :)

      Usuń
  5. Bardzo ciekawy post - gratuluję!
    Niedawno wróciłem do Polski i szukałem dla siebie kursu, który przygotowałby mnie do egzaminu na certyfikat DALF C2. Jednakże nic takiego w ofertach szkół językowych nie istnieje, choć wszystkie mają w ofercie, że przygotowują do certyfikatu DALF C1/C2 Sic!
    Wniosek jest jeden: przygotuję się sam, a szkoła językowa na tym poziomie nie jest już konieczna jeśli w domu mam odpowiednią ilość książek poświęconych językowi. Ja mam, więc wolę poświęcić dwie godziny np. na czytanie literatury francuskiej i w ten sposób uczyć się słownictwa, niż na zajęciach, które trwają tylko 1,5 godziny (2 x 45 min) co oznacza, że gdy ja zaczynam się rozkręcać to trzeba nagle kończyć ;)
    Z drugiej strony, przez 1,5 roku chodziłem do szkoły językowej w Brukseli i muszę przyznać, że metody tam stosowane podczas zajęć jak również ciekawa osobowość lektorów sprawiały, że na zajęcia chciało się naprawdę chodzić i bardzo dużo mi dały (w sumie od poziomu A1.1 do zdania certyfikatu DELF B2 minęło tylko 1,5 roku- można? Można. Kurs był intensywny.
    W Polsce niestety system 1,5 h x 2 razy w tygodniu wydaje mi się być żółwim tempem i chyba efekt tego byłby odwrotny do oczekiwanego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że post się spodobał :) A poza tym to w pełni się z Tobą zgadzam. Też nie lubiłam na kursach tego uczucia, że ja dopiero się rozkręcam, a to już koniec. Poza tym na takim regularnym kursie języka od podstaw chyba zanudziłabym się na śmierć... Ale przyznaję, że przez jakiś czas chodziłam też na angielski, gdzie zarówno native jak i polski nauczyciel byli tak charyzmatyczni i interesujący, że z przyjemnością się tam pojawiałam i czekałam na te zajęcia, bo pomogły mi się przełamać do mówienia i rozkręcić. Naprawdę dużo zależy od człowieka - no i właśnie, decydując się na kurs ryzykujemy, bo nie wiadomo, w co ulokujemy nasze pieniądze, dopóki sami nie sprawdzimy ;)

      Usuń
  6. Jak zwykle świetny post! Blog masz o językach, w szczególności o francuskim, ale też styl pisania masz wyćwiczony ;) Ja od 2,5 roku uczę się fr. i mam A2/B1. Planuję wyjechać do Francji na wakacje i pozniej zdać maturę jeszcze za 2 lata :)
    Osobiście, lekcje w grupach (min. 2 os. czyli ja i nauczyciel) są dla mnie dużo bardziej motywujące, niż nauka samemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wpis się podoba :) Lekcje w grupie mają jedną zaletę, której nie ma samodzielna nauka - jest z kim pogadać. Tak naprawdę też pewnie bym się skusiła na prywatne lekcje z nauczycielem, ale uparłam się żeby się nauczyć francuskiego jak najmniejszym kosztem, żeby udowodnić, że się da :) Za to ostatnio nawiązuję znajomości z ludźmi, którzy też się uczą, żeby sobie pokonwersować :)

      Usuń
  7. Wydaje mi się, że tutaj wiele zależy od samej osoby. Trzeba rozpatrzeć wszystkie za i przeciw. Oraz mierzyć zamiary na możliwości, a możliwości na zamiary, jak to mówią :) W dzisiejszych czasach nie ma barier, jedyną barierą jesteśmy my sami i nasze nastawienie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Francuskiego uczyłam się w liceum. Teraz, po latach, wróciłam do niego na drugim kierunku studiów, bo taki jest lektorat i już. Chciałabym znać ten język i nie przeraża mnie, że zamiast zdania "lubię dawać prezenty moim kolegom" piszę "J'aime donner a mes collegues. " Mimo wszystko jednak próbuję, nawet mi to powoli wychodzi, chociaż za dużo czasu nie mam. Jak się chce to się da.
    Kurs motywuje, ale na krótką metę - w końcu odchorujemy wydane pieniądze i nie będzie nam się chciało uczęszczać na zajęcia. Niestety, jest "chcę" i CHCĘ!
    Będę Cię odwiedzać ! :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Dzięki za komentarz:) a francuskie zdanie o prezentach bardzo urocze :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za reklamy udające merytoryczne posty dziękuję ;)

      Usuń
  11. Dzięki za ten wpis i ogólnie za to, że prowadzisz tego bloga! Jest naprawdę świetny, chyba najlepszy w tej tematyce jakie odwiedzam [a od tygodnia dziennie spędzam mnóstwo czasu na blogach poświęconych nauce francuskiego, więc możesz uwierzyć mi na słowo ;)]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, i najważniejsze! Dzięki tobie odważyłem się i zdecydowałem na naukę francuskiego! Z powodu studiów i wymaganego drugiego języka zastanawiałem się nad niemieckim lub francuskim. Niemieckiego uczyłem się od gimnazjum i mimo 6 lat nauki mój poziom był bagienno-stawowy (choć uważam, że gdybym miał bardziej wymagających nauczycieli, bardziej bym się przyłożył i operowałbym niemieckim lepiej niż angielskim - moja mama uważa, że pięknie mówię po niemiecku, lepiej niż po angielsku ;)) Także z jednej strony niemiecki miał zaletę, że chociaż znam podstawy. Ale francuski ciągle mnie kusił - jest taki piękny dla ucha + moje zamiłowanie do kultury francuskiej (u ciebie zaczęło się od Prousta, a u mnie od Sartre i Nabokova, który wielu swoich wtrącał francuskie słówka - podobało mi się to!). Kusił, kusił aż w końcu - po lekturze twoich postów - skusił ! Zamówiłem już kursy i zaraz po przyjściu listonosza zaczynam naukę!

      Usuń
    2. Z pewnym poślizgiem czasowym, ale bardzo dziękuję za ciekawy komentarz i za miłe słowa o moim blogu, który ostatnio niestety musi długo czekać na wpisy... :) Mam nadzieję, że nauka francuskiego Ci się spodoba i zapał nie ostygnie. Sama ostatnio marzę po cichu o niemieckim, na chwilę wzięłam się za hiszpański (w celach wyłącznie turystycznych, bo lubię tam bywać) ale jakoś nie poczułam miłości do tego języka i w efekcie - wróciłam do bardziej regularnej nauki francuskiego! :) Takie komentarze jak Twój zawsze mnie trochę inspirują i przywracają zapał :)

      Usuń