Ale
czego Widz wymaga? Z pewnością nowego wpisu spod szyldu „W 80
blogów dookoła świata” (zwłaszcza że w zeszłym miesiącu
niestety się nie doczekał). Poza tym Widz wymaga niechybnie, by
polecane filmy były w języku francuskim, a przynajmniej tego się
po nich spodziewa wchodząc na niniejszego bloga – i w tym zakresie
nie spotka go rozczarowanie! Co do dalszych wymagań mogę jedynie
snuć przypuszczenia, które i tak nie będą w pełni trafne, z
uwagi na różnorakie gusta amatorów języka francuskiego.
Pozwoliłam sobie jednak założyć, że wszyscy już słyszeli o
„Amelii”, „Nietykalnych” i „Jeszcze dalej niż północ”,
może nawet są lekko zmęczeni zatrzęsieniem francuskich komedii
(romantycznych i nie tylko). Wiem, wiem, lato w pełni i pewnie sporo
czytelników nie miałoby nic przeciwko jakiemuś sympatycznemu i
niewymagającemu filmowi, ale pomyślałam sobie, że najwyżej
wrócicie tu zimą, kiedy najdzie Was ochota na coś ambitniejszego.
Postanowiłam bowiem przedstawić Wam kilka starszych tytułów, po
które naprawdę warto sięgnąć, mimo że nie ukrywam, że niektóre
mogą okazać się ciężkie.
piątek, 25 lipca 2014
poniedziałek, 30 czerwca 2014
System inteligentnych powtórek.
Zawsze bawi i cieszy mnie myśl, że powtórka może okazać się bardziej inteligentna
niż ja – ale nie zmienia to faktu, że producenci programów do
nauki języków bardzo chętnie wabią nas hasłami takimi, jak w
tytule. No bo niech pierwszy rzuci słownikiem ten, kto woli wracać
do starych notatek, zamiast eksplorować nowe i nieznane jeszcze
zakamarki podręcznika, kto lubi ponownie odczytywać to, co dopiero
niedawno przecież czytał, a najlepiej jeszcze wbijać to sobie do
głowy powtarzaniem po dziesięć razy, aż treść ta się naszą
mantrą. Im dalej w las, tym więcej rzeczy do powtarzania, więc nic
dziwnego, że chciałoby się zrzucić na kogoś ułożenie nam planu
powtórek, tak żeby nie trzeba było wszystkiego naraz i żeby jak
najwięcej i na jak najdłużej zapamiętać.
Dzisiejszy
post ma być zbiorem różnych moich spostrzeżeń dotyczących
aspektu nauki języka, jakim jest powtarzanie, a także sposobów na
radzenie sobie z tą nieco uciążliwą koniecznością. O niektórych już kilkakrotnie wspominałam na łamach tego bloga, ale ostatnio zapragnęłam trochę zaktualizować i uporządkować moje poglądy. Z góry
bardzo Was zachęcam do zostawiania w komentarzach swoich uwag na ten
temat, bo nie ukrywam, że nadal jeszcze poszukuję dla siebie
optymalnych rozwiązań i chętnie poznam Wasz punkt widzenia.
W
moim przypadku hasło „powtarzanie” można śmiało wrzucić do
szufladki z napisem „problem” albo „ponura zgroza”. Nie
dotyczy to zresztą tylko języków, ale w ogóle wszelkiej nauki, a
z wiekiem entuzjazmu w tym zakresie wcale mi nie przybywa. W sumie
warto sobie uświadomić, że nosi się w sobie niechęć tego
rodzaju, żeby nie nabrać przekonania, że ma się ogólnie „problem
z systematycznością” albo nawet „nie ma talentu do języków”.
Kiedyś wierzyłam, że cierpię na te dwie ostatnie przypadłości,
ale po dwóch latach nauki francuskiego mogę spokojnie powiedzieć,
że to nieprawda. Zostawmy w spokoju temat talentu, ale jeśli chodzi
o systematyczność, to jest ona o wiele łatwiejsza do osiągnięcia,
jeśli się robi rzeczy ciekawe, a pomija albo znacznie ogranicza te
nieprzyjemne.
Rozpoczynając
swoją przygodę z francuskim postanowiłam więc
sobie, że nie będę powtarzać tego, czego się już uczyłam
– i na swój sposób nawet mi się to udaje, choć metoda jest
odrobinę oszukańcza (bo powtarzanie jest, tylko znienacka i
cichaczem) no i podejrzewam, że trochę mniej skuteczna, niż gdyby
się rzetelnie wracało do minionych kart książek i zeszytów. Ale
działa nieźle i pozwala mi uniknąć najgorszej rzeczy w nauce
języka obcego – nudy. A w moim rozumieniu nuda wiąże się ściśle
z rozpoczynaniem nauki za każdym razem od tego, co już było, zanim
się przejdzie do nowej lekcji.
sobota, 7 czerwca 2014
Sekretne pasaże Paryża, czyli jak uchronić się przed rozczarowaniem.
To miała być
recenzja książki, ale trochę mnie poniosło i wyszło co wyszło.
Na typową recenzję nie liczcie, choć warta uwagi książka gdzieś się
tam czai, szczelnie okryta kołderką mojego słowotoku. Voilà.
Tak nas współczesna
kultura masowa zaprogramowała, że na hasło „Paryż” niejeden
zastrzyże uszami i pozwoli sobie choćby na przelotne ukłucie
nostalgii, przebłysk tęsknoty za nie całkiem wysłowionymi
obietnicami i fantazjami, a przy okazji zerknie jeszcze mimochodem,
czy nie da się kupić tanich biletów lotniczych na jakiś
nieodległy termin. Paryż, Paryż, podobno wart jest mszy, ale
jeszcze bardziej wart jest odwiedzenia, cyknięcia sobie kilku
czarno-białych fotek w strategicznych miejscach i odhaczenia
najważniejszych punktów z przewodnika, polansowania się po
kawiarniach, zeżarcia paru bagietek i okazania nieszczerego zachwytu
nad nietrafnie wybranym winem z supermarketu, które było rozkosznie
tanie, ale trochę jednak czuć w nim siarkę.
Od dawna chodzi mi po
głowie stworzenie krótkiej instrukcji zwiedzania miast, na ratunek
tym wszystkim niepoprawnym romantykom, którzy wciąż wierzą, że
istnieje gdzieś miasto idealne, posiadające wyłącznie piękne
budowle, wyłącznie udaną pogodę, tubylców czekających tylko, by
wdać się z nimi w rozmowę i rozwiać nudę samotnego zwiedzania,
miasto z atmosferą jak z bajki, gdzie nie ma korków, śmieci,
bilbordów i innych turystów. Chciałoby się ustrzec przed
rozczarowaniem tych wszystkich, którzy mogą po zwodniczo łagodnym
lądowaniu boeinga na lotnisku de Gaulle'a natychmiast boleśnie
zderzyć się z rzeczywistością.
Oczekiwania nasze podsyca
dodatkowo internet, gdzie ludzie zwykli straszliwie kłamać o Paryżu
(albo raczej pomijać niewygodne fragmenty), może ze wstydu przed
sobą, że im się nie podobało aż tak bardzo, jak by chcieli.
Wszak zawsze można się pocieszać zdjęciami pięknie obrobionymi w
fotoszopie i opowiadaniem innym z lekką nutką wyższości, że tak,
byłem, widziałem, zachwyciło, oj, jak zachwyciło.
Pewnie i Ty, Czytelniku,
zdążyłeś już w życiu dojść do wniosku, że wszystkie
europejskie miasta wyglądają z grubsza tak samo, mają swoje
perełki, ale im więcej perełek, tym większy tłum psujący kadr,
ludzie ubrani zupełnie współcześnie i nieco zbyt pstrokato, wokół
reklamy, migające neony, hałas, samochody, ordynarne bloki i domy
mieszkalne, spaliny, kebab i groch z kapustą. Trzeba co raz
przymykać na coś oko i tylko wybiórczo zerkać na zadane
fragmenty, żeby podsycać w sobie niegasnący płomień zachwytu, bo
następne wakacje dopiero za rok.
A jednak, gdzieś tam w
tle pospolitej codzienności, wciąż czai się w nas ta nostalgia i
tęsknota, więc czasem prosimy: „o, Paryżu, uwiedźże mnie,
oczaruj, zdradź swoje sekrety, poprowadź nieznanymi brukowanymi
ścieżkami, na wyspy szczęśliwe Saint-Louis i la Cité zawiedź,
upój mnie miksturą magiczną, dekoktem uwarzonym z emocji, wrażeń
i atmosfery bohemy!”. I tak inwokując, na co dzień siedzimy sobie
tutaj, na prowincji, która nie jest Paryżem, gdzie łatwiej w ten
Paryż wierzyć, a od czasu do czasu próbujemy się ratować
literaturą. Kto wie, może będzie nawet lepsza niż Paryż we
własnej osobie?
niedziela, 1 czerwca 2014
Jak się uczyć? Szybko i dobrze! (Vite et bien 2, CLE)
Gdyby ktoś mnie
poprosił, żebym poleciła mu tylko jedną książkę do nauki
francuskiego, to najpierw pewnie próbowałabym go przekonać, żeby
wybrał jeszcze drugą, trzecią i czwartą. Ale gdyby był bardzo
uparty, to pewnie w końcu zdradziłabym mu, że według mnie
najlepszą książką będzie dla niego „Vite et bien”
wydawnictwa CLE.
Dawno, dawno temu, gdy
zdarzyło mi się publicznie złorzeczyć na beznadzieję wypływającą
z typowo szkolnych podręczników, maskowaną kolorowymi zdjęciami,
pławiącą się w artystycznym nieładzie, ktoś z Was polecił mi w
komentarzach wspomnianą wyżej książkę, po którą ochoczo
sięgnęłam przy pierwszej okazji. Szybkie przewertowanie jej
wywołało przyjemne uczucie porządku i konkretu, a wszystko
przepasane prostymi obrazkami o dyskretnych kolorach. Moje serduszko
zabiło szybciej, a moja baza podręczników odnotowała przyrost.
Na wstępie wyjaśniam,
że nie miałam styczności z częścią pierwszą, mogę więc tylko
mieć nadzieję, że jest tak samo dobra. Część druga przeznaczona
jest dla poziomu B1 i jak wynika z przedmowy, przeznaczona jest dla
dorosłych – w szczególności tych niecierpliwych i śpieszących
się.
niedziela, 25 maja 2014
Jak wymówić brzydkie słówka (W 80 blogów dookoła świata #2)
Dzisiejszy post będzie
nie lada gratką dla wszystkich językowych marud, które lubią
pielęgnować w sobie przekonanie o trudach i znojach niechybnie
czekających każdego, kto chciałby opanować zasady francuskiej
wymowy. Nawet jednak jeśli nie jesteś marudą, to nie rezygnuj od
razu z czytania, a kto wie, może pod koniec i Ciebie ogarnie
językowe zwątpienie? ;) Zresztą, na pewno jesteś jednym z tych
licznych czytelników, który z niecierpliwością czekali na drugi
wpis z cyku „W 80 blogów dookoła świata” - i oto Wasza
niecierpliwość została nagrodzona. Dzisiejszy temat skupia się
wokół pięciu najśmieszniejszych lub najtrudniejszych do wymówienia
słów w języku francuskim.
czwartek, 8 maja 2014
Nie ma dymu na Jeziorze Léman!
A właściwie to nie ma ognia, bez
którego podobno nie ma też dymu... no ale od początku.
Być może nie wiecie,
ale Jezioro Léman to jedynie słuszna nazwa Jeziora Genewskiego –
a przynajmniej tak zostałam pouczona przez Francuzkę ze Szwajcarii.
Niestety, gapa ze mnie i nie poprosiłam o sprecyzowanie, czy to
stanowisko Francuzów, Szwajcarów, obu stron, czy też tylko niektórych ich przedstawicieli. W każdym razie to
o tym jeziorze mowa w powiedzeniu „Il n'y a pas le feu au lac”,
o którym zamierzam Wam dzisiaj króciutko opowiedzieć.
Początkowo wyrażenie to
ograniczało się zaledwie do „Il n'y a pas le feu” i
oznaczało, że się nie pali, a skoro się nie pali, to nie
pośpiechu. Później jednak ktoś dorzucił jezioro...
tylko kto?
Chodzą słuchy, że
zrobili to Francuzi, bezczelnie twierdząc, że zrobili to sami
Szwajcarzy. Jezioro Léman jest bowiem jednym z symboli Szwajcarii,
zaś zdaniem Francuzów, szwajcarska powolność i niechęć do
pośpiechu jest wręcz przysłowiowa. Nie ma więc to jak ponabijać
się trochę z sąsiadów i ukuć dla nich takie lekko absurdalne
powiedzonko. No bo dopóki jezioro się nie pali, to dokąd się
śpieszyć?
Z tym brakiem ognia i
dymu na jeziorze to jednak różnie bywa. Dla tych, którzy w swoim
czasie przegapili okazję, odsyłam na bloga Szwajcarskie Bla Bli Blu. Możecie tam przeczytać historię powstania piosenki „Smoke
on the Water” zespołu Deep Purple, która w pewnym stopniu zadaje
kłam temu gładkiemu powiedzonku.
A na koniec zostawiłam
dla Was moje najnowsze odkrycie blogowe: Il n'y a pas le feu au lac.
Strona prowadzona jest przez Szwajcarkę, która wyemigrowała do Francji i z tej okazji dzieli się z czytelnikami ciekawymi spostrzeżeniami kulturowymi i językowymi. Naprawdę polecam!
niedziela, 27 kwietnia 2014
5 francuskich hiciorów ze szwajcarskiego radia.
W czasach, kiedy jeszcze
nie szło mi najlepiej rozumienie ze słuchu, francuskojęzyczne
radio było dla mnie bardzo istotnym narzędziem nauki, jak również
nieodłącznym dodatkiem do takich przedmiotów jak miotła i zmywak. Wówczas najbardziej
interesowały mnie stacje, w których było dużo gadania, a mało
śpiewania, a nie daj Boże jeszcze po angielsku – dlatego
upodobałam sobie radio nadające bez przerwy informacje dnia i byłam
bardziej na czasie z tym, co się dzieje we Francji, niż w Polsce.
Niestety, po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że nie jest to
najciekawsze radio na świecie i rozpoczęłam poszukiwania lepszego zamiennika.
A że zbiegło się to w czasie ze szwajcarskim referendum odnośnie
imigrantów, to spragniona wieści wyruszyłam poza radiowe rubieże
Francji. I tak oto trafiłam na http://www.rts.ch/
, które póki co na stałe zastąpiło mi wszelkie odmiany Radio
France. Z terytorium Polski dostępne są cztery stacje: La Première –
oferuje najwięcej niusów i innych treści mówionych; Espace 2 - skupiające się na kulturze, łatwo natknąć się na operę i muzykę klasyczną; Couleur 3 – nastawiona głównie na
młodych słuchaczy, oferująca sporo zagranicznej muzyki; Option Musique –
opcja dla spragnionych muzyki, przeważnie francuskiej, czasem
anglojęzycznej, którą dość chętnie wybieram; sporo tu starych
hiciorów, ale i trochę nowości. Swoim klimatem wywołuje u mnie
często nostalgiczne wrażenie leniwego, niedzielnego popołudnia.
Na stronie każdej stacji
możecie posłuchać fragmentów audycji i piosenek. Ja sama ostatnio
włączam radio głównie w celu posłuchania muzyki i odkrycia nowych
(zwykle tylko dla mnie...) francuskich hiciorów. Dziś prezentuję
krótką listę wyłapanych utworów z dedykacją dla tych, którzy
ucząc się francuskiego poszukują nowych muzycznych inspiracji. No
bo ile można słuchać Edith Piaf, Carli Bruni i Jacquesa Brela?
Część z czytelników z pewnością już słyszało o tych
wykonawcach, a właściwie to wykonawczyniach, bo tak się złożyło,
że na liście znalazły się same panie, które zasłużyły sobie
na to jakże zaszczytne wyróżnienie przede wszystkim swoimi dość
ciekawymi głosami lub przyjemnymi dla ucha aranżacjami
instrumentalnymi. Może nie zawsze są to artystki, które skradły
moje serce, ale na pewno warto zwrócić na nie uwagę poszukując
nowych piosenek do szlifowania francuskiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


