środa, 17 grudnia 2014

Blogowanie pod jemiołą: święta z Joséphine.

Zauważyliście, że wszędzie teraz piszą o świętach? O śnieżnej zimie, słodkich pierniczkach, ciepłych, puchatych swetrach, bożonarodzeniowych jarmarkach i cudownej świątecznej atmosferze?

No cóż, to już siedemnasty dzień akcji „Blogowanie pod jemiołą”, więc najwyższy czas na łyżkę dziegciu w tej krainie miodu i szczęścia!

Napisałabym, że nie chcę Wam psuć tych uroczych chwil pełnych zupełnie bezkarnej egzaltacji, ale czy ktoś by mi uwierzył?
Zapewne znacie stereotyp wiecznie niezadowolonego, narzekającego na wszystko Francuza; mimo odmiennego obywatelstwa moja dusza jest już przeżarta francuską rdzą na tyle, że nie mogę odmówić sobie spojrzenia na temat naszej akcji z trochę innej, tej bardziej kąśliwej strony. Ale mam nadzieję, że zamiast się zniechęcać, Wy również znajdziecie radość w tym nega... alternatywnym podejściu.

sobota, 13 grudnia 2014

Le bal des vampires - jak to się robi po francusku.

O międzylądowaniu w Paryżu myślałam bez entuzjazmu: miasto zwiedzone dawno temu, znajomi odwiedzeni trzy miesiące wcześniej, w dodatku posmakowałam już ongiś tego Paryża w listopadzie, wieje tam i zimno, ot co. Niestety, linie lotnicze świata sprzysięgły się akurat przeciwko mnie i wymienione miasto okazywało się być najtańszą i najdogodniejszą opcją w drodze do Bordeaux (o tej podróży też wkrótce napiszę coś na blogu). Uległam więc. A już parę dni po kupieniu biletów zaczęłam z niecierpliwością przebierać nóżkami i czekać na ten Paryż jak na księcia z bajki.

Albo raczej na hrabiego czekałam, choć z bajki cokolwiek mrocznej. Wpadłam bowiem na doskonały pomysł, by podczas pobytu w owej stolicy mody wybadać, co się obecnie nosi na balach u wampirów. Jeden z nich był akurat wyprawiany w teatrze Mogador, zdobyłam więc bilet i przy okazji popytałam tu i ówdzie kto zacz, ten hrabia von Krolock. Powiadają, że łotr, uwodziciel i bestia, więc moje dziewczęce serduszko zadrżało z lęku i z podekscytowania zarazem.

wtorek, 25 listopada 2014

Laik w świecie francuskiego wina albo: cierpkim winem łatwiej upić się na smutno. (W 80 blogów dookoła świata #8)

Prawdopodobnie jestem po prostu żarłokiem, ale na hasła typu „wielokulturowość” i „podróże dookoła świata” od razu zaczynam myśleć o jedzeniu; wyjazdy na wakacje kojarzą mi się właśnie z tym – próbowaniem nowych potraw i rozpieszczaniem podniebienia. Nie wiem jak to możliwe, że dopiero ósmy epizod akcji „W 80 blogów dookoła świata” doczekał się tematu kulinarnego, no ale skoro tak się w końcu stało, to nie mogłam przegapić okazji do napisania czegoś o tym, jak Francja wygląda od kuchni. Pomyślałam sobie przy tym, że to nie sztuka kupić bagietkę czy croissanta, a i wybór sera nie jest aż tak problematyczny, jak wybór trunku nieodłącznie kojarzonego z Francją – wina.

Założę się, że ludziom w Polsce przytrafia się to cały czas: wchodzą do sklepu, rozglądają się po półkach; kręci im się w głowie jeszcze nie od alkoholu, ale od nadmiaru butelek do wyboru, postanawiają zawęzić nieco pole poszukiwań i kierują się do regału z winem francuskim – bo ma być romantycznie albo snobistycznie, albo jedno i drugie, a przecież wina francuskie nie mogą być tak wysławiane bez powodu. Następuje pobieżna lektura etykietek, najczęściej rozpoczynana od poszukiwania informacji o tym, czy to wino wytrawne, czy jakieś inne, choć producent często zdaje się specjalnie zatajać przed nami tę informację. Bierzemy więc to, co zdaniem etykietki będzie pasować do zaplanowanej przez nas wołowiny, sera czy owoców, albo po prostu to, co ma najfajniejszy obrazek na rzeczonej etykietce, wracamy do domu, szukamy korkociągu i najładniejszych kieliszków, próbujemy... i uśmiechamy się, mówiąc, że no, nie takie złe, może trochę cierpkie i trochę czuć siarkę, ale nie jest wcale najgorsze. Da się pić.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Zapowiedzi: "Blogowanie pod jemiołą".

Bonjour!



Dzisiaj wpadłam tu tylko na chwilę, by zaprosić Was wszystkich do śledzenia nadchodzącej akcji "Blogowanie pod jemiołą". Cóż to takiego? Od pierwszego grudnia aż do samej wigilii na blogach językowych i kulturowych, które biorą udział w tym przedsięwzięciu, będzie świątecznie i zimowo, choć na Waszym miejscu nie spodziewałabym się prostej listy słówek o sankach i śniegu! Codziennie, przez 24 dni, na jednym z blogów pojawi się wpis, z którego z pewnością dowiecie się wielu ciekawych rzeczy, będziecie też mieli szansę coś wygrać, bo tu i ówdzie szykują się konkursy.
W odkrywaniu kolejnych wpisów pomoże Wam poniższy kalendarz z linkami do poszczególnych blogów. Mój wpis pojawi się 17 grudnia, ale wcześniej (i później) w kolejce są też inne blogi o Francji - nie zapomnijcie na nie zajrzeć, tak samo zresztą jak do pozostałych uczestników akcji :)
Image Map

piątek, 7 listopada 2014

Lepiej mieć fałszywych przyjaciół niż żadnych – część I.

Zaproponowane w tytule nowe porzekadło ludowe dla masochistów przyświecać będzie wpisowi o tematyce etymologicznej. Zdradziłam się już bowiem kiedyś, pisząc o powodach dla których warto uczyć się francuskiego, z moim zamiłowaniem do doszukiwania się powiązań pomiędzy językami. Szczególnie cieszy mnie odkrywanie słów w języku polskim, które aż chciałoby się zapisać na modłę francuską i nagle odkryć, że jedno pochodzi od drugiego. Wymienić tu można wspomniany już niegdyś abażur (l'abat-jour), a także garderobę (la garde-robe), donżon (le donjon), pantalony (le pantalon) i wiele innych, mniej lub bardziej przydatnych w życiu codziennym słów.

Czasem jednak okazuje się (co wówczas cieszy mnie jeszcze bardziej), że słowo po zapożyczeniu zaczęło żyć własnym życiem albo w ogóle zostało pożyczone w pośpiechu, niechlujnie i najlepiej z błędem. Wtedy robi się ciekawie i nieprzewidywalnie, ba, można się czasem zabawnie pomylić!
Podobno prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie; co do fałszywych, to chyba nie ma żadnej powszechnej zasady, dlatego proponuję Wam poznanie kilku fałszywych francusko-polskich przyjaciół za pośrednictwem niniejszego bloga. Jeśli spotkaliście się już wcześniej to mam nadzieję, że z przyjemnością odnowicie dziś tę znajomość :)

środa, 1 października 2014

"Pas de problème! 3" (SuperMemo) - poziom zaawansowany bez problemu?

Jako człowiek łasy na urozmaicenia, zapragnęłam swego czasu dorzucić coś nowego do mojego koszyczka z zabawkami do nauki francuskiego – a że nie było to pragnienie poparte ogromną ilością wolnego czasu, to wymyśliłam, że będzie to jakiś interaktywny program, który wszystko zrobi za mnie i nagle, ni stąd ni zowąd, obudzę się na poziomie zaawansowanym.

Jak pomyślałam tak zrobiłam i zaczęłam testować program Supermemo – Pas de problème! na poziomie 3, czyli teoretycznie odpowiadającym poziomom B2-C1. Zdaniem testu dostępnego na tej samej stronie (nie będącego częścią kursu), w moim odczuciu niezbyt zresztą trudnego, nadszedł czas żebym spróbowała swych sił na poziomie C1 właśnie. Czy to prawda, czy nie do końca, to się okaże za chwilę, albowiem oto zapraszam Was do zapoznania się z recenzją rzeczonego kursu, który, jak się okazało, rozebrałam niemal na części pierwsze... Mam nadzieję, że recenzja okaże się pomocna!

wtorek, 9 września 2014

Każda okazja jest dobra, żeby napisać coś po francusku.

Il y a quelques jours, Ula a présenté sur son blog le contenu de son sac à main. C'est un bon prétexte pour réviser un peu de vocabulaire! Et je dois avouer que j'ai toujours voulu publier un billet comme ça, sans rien dissimuler, bien évidemment! Alors, comme Ula a encouragé ses lecteurs à présenter aussi l'intérieur de leur sac à main, j'ai pris la photo de mes affaires et je suis prête à vous expliquer l'usage mystérieux de chaque objet. J'avoue que je suis un peu déçue, parce que normalement j'ai plus d'objets inutiles et de déchets sur moi. Je ne sais pas où sont mes mouchoirs sales, mes vieux tickets de caisse et mes ticket de bus dans lesquels je colle mes vieux chewing-gums! Mais il me reste quand même quelques trucs intéressants à présenter.

Kilka dni temu Ula przedstawiła na swoim blogu zawartość swojej torebki. Świetna okazja, żeby powtórzyć trochę słownictwa, nieprawdaż? Muszę przyznać, że zawsze chciałam opublikować tego typu notkę, oczywiście niczego nie zatajając! A zatem, skoro Ula zachęcała swoich czytelników do tego, by również przedstawili wnętrza swoich torebek, zrobiłam zdjęcie swoich rzeczy i oto jestem, gotowa wyjaśnić Wam sekretne przeznaczenie każdego z tych przedmiotów. Przyznaję, że jestem nieco rozczarowana, bo zazwyczaj mam przy sobie dużo więcej bezużytecznych przedmiotów i śmieci. Nie mam pojęcia, gdzie są wszystkie moje zużyte chusteczki, stare paragony i bilety autobusowe, do których przyklejam gumy do żucia! Tak czy inaczej, wciąż jeszcze zostało mi kilka ciekawych szpargałów do zaprezentowania.