Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatne dyrdymały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatne dyrdymały. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 kwietnia 2016

Lyońskie obrazki, lyońskie słowa, migawki z przypadkiem odwiedzonej Francji.

W poszukiwaniu inspiracji postanowiłam udać się do Lyonu, wiadomo bowiem, że nic tak nie zachęca do konwersacji po francusku, jak jakiś porządny Francuz. W Krakowie ich jakby niedostatek, należało więc udać się do źródła, korzystając ze spontanicznych zakupów na easyjet, który niedawno zaproponował naprawdę tanie bilety. No i ta obietnica nieco bardziej południowego słońca, gdy w Polsce nadal rządziły deszcze, wiatry, chmury i smog, była nie do pogardzenia.

Szybkie zdobycie przewodnika po Lyonie okazało się niestety niemożliwe (może zresztą za mało się starałam), polecieliśmy więc trochę w ciemno, licząc na to że na miejscu jakoś się zorientujemy, co wypada zwiedzić, a resztę weekendu zapełnimy bagietkami, restauracyjkami, milionem zdjęć i radością na widok słońca. Na szczęście nasza gospodyni, od której wynajęliśmy mieszkanie przez airbnb, przygotowała nam kilka folderów z informacjami dla turystów i nieskończenie długą listę knajp, których odwiedzenie nie powinno nas rozczarować. Już pierwszej nocy wyruszyliśmy więc w miasto...

Powiem Wam, że jak na dwa dni w miejscu, w którym nikogo nie znamy, przytrafiło nam się stosunkowo dużo interakcji z tubylcami – okazali się o wiele bardziej zaczepni, niż Paryżanie ;) Po zaledwie dwóch godzinach w Lyonie, gdy tylko udało nam się znaleźć miejsce w restauracji (co w porze kolacji nie było wcale łatwe), zagaiła nas jakaś sympatyczna para przy stoliku obok, częstując nas winem i wdając się w pogawędkę. Jak się okazuje, każdy ma jakichś znajomych z Polski :) Interakcji było zresztą więcej – jakiś facet na ulicy poczuł potrzebę wdania się w dyskusję na tematy egzystencjalne i bardzo chciał, żebym odebrała jego telefon i zrobiła psikusa niejakiej Mathilde. Jakiś chłopak chciał, żebym była Marie, na którą czekał, ale niestety jego też musiałam rozczarować. Inni zaczepiali, krzyczeli coś czego szczęśliwie nie rozumiałam, pytali o drogę, cały czas wystawiając mój francuski na próbę. I wiecie co? Rozmowy z Francuzami wcale nie są takie trudne.

Najtrudniejsze jest wybieranie jedzenia z menu.

Okazuje się bowiem, że moje słownictwo – wcale nie takie ubogie! - nie obejmuje konkretnych potraw, kończy się na składnikach i ogólnych rodzajach dań, zupa, kotlet, naleśniki, makaron, takie tam. Na szczęście jakieś tam nazwy przewijają się jednak w podręcznikach i programach do nauki, czasem też dodadzą rodzaj zwierzaka do fikuśnego określenia kawałka mięsa, można się więc domyślać, co to będzie. Jedno na dziesięć dań dało się więc rozpoznać, niestety, moja przewrotna natura zawsze chciała sięgać po to, czego nie rozumie. Raz zamawiając bavette dostała stek i była zadowolona, a raz zamówiła andouillette...
Nie wiem, może ktoś z Was akurat lubi andouillette, nie będę więc wszystkich odwodzić od spróbowania tej, jak się zdaje, popularnej w Lyonie potrawy, wyjaśniam jednak, że była to kiszka naładowana flakami :P Z początkowego entuzjazmu: "O, zjem coś nowego, przecież to nie może być niedobre!" już w połowie przeszłam do: "Ok, weźmy już deser". Na wszystkie smutki wyśmienite okazało się jednak czerwone wino z apelacji Crozes-Hermitage, produkowane głównie z odmiany syrah (niestety, na lotnisku zbyt szybko przeszliśmy przez kontrolę graniczną, a potem już nie dało się wrócić do sklepiku po jakąś pamiątkową butelczynę).

Pozostając w tematyce jedzenia, niektóre francuskie obyczaje restauracyjne niezmiennie mi się nie podobają. Odmowa podania samej kawy w porze obiadowej, no dobrze, już się z tym pogodziłam, choć to jest moja ulubiona pora na kawę, a nie na obiad. Natomiast w porze kolacji, porządnie głodna, zapragnęłam zjeść słodkiego naleśnika i wypić dużą kawę, zasiedliśmy więc przy stoliku, potem pozwoliliśmy się przesadzić, potem doczekaliśmy się kelnera, żeby ostatecznie usłyszeć, że o tej porze nie podadzą mi samego deseru. Słodka kolacja nie, słodkie śniadanie tak – czyż to nie szaleństwo? Pomijając fakt, że naleśnik z lodami i z kawą wychodził drożej, niż danie plus darmowa woda, więc to nie tak, że by im się nie opłaciło. Ale jednak zasady są ważniejsze, poszłam więc spać głodna, moja figura na pewno jest mi wdzięczna po dziś dzień!

No ale przecież nie tylko o jedzeniu miałam pisać, czas na parę słów o samym Lyonie, którego zwiedziliśmy mały kawałek. Codziennie przemierzaliśmy tam i z powrotem mosty na Rodanie i na Saonie, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy w jakiejś alternatywnej wersji Paryża i spacerujemy nadsekwańskim bulwarem. Gdybyśmy się nagle, nie stąd, ni zowąd, obudzili nad rzeką, w tle widząc konstrukcję La Tour Métallique de Fourvière – która znacząco przypomina górną część Wieży Eiffla – trudno byłoby nam uwierzyć, że oto nie znaleźliśmy się w stolicy. Lyon jest jednak spokojniejszy, mniej zatłoczony, nieco czystszy, a krążąc po jego zakamarkach czułam się już bardziej jak w małych południowych miasteczkach. Z okna mieszkania mieliśmy natomiast widok na Sacré-Cœur... albo raczej na bazylikę Notre-Dame de Fourvière, wzniesioną na wzgórzu w podzięce Dziewicy za ocalenie przed jakąś – nie pamiętam, przepraszam – inwazją wojenną. 


Pamięć już nie ta, pobuszowaliśmy więc po sklepach w poszukiwaniu pamiątek – M. polował na płyty z muzyką, ja zaś, odkąd obejrzałam film „Le Chat du Rabbin”, miałam wielką ochotę zdobyć komiksy o rabinowym kocie. W Polsce też go można dostać, ale niestety, tylko w polskiej wersji językowej. Tymczasem zaopatrzyłam się w trzy pierwsze części i jeśli wena kiedyś nadejdzie, napiszę Wam o nich parę słów. Ech, zazdroszczę Francuzom tego bogactwa komiksów!


Czego jeszcze można Lyonowi pozazdrościć, to położonego w samym centrum miasta Muzeum Miniatur i Kina, które już na wstępie gorąco Wam polecam i śpieszę tłumaczyć, dlaczego. Przede wszystkim dlatego, że jest naprawdę ciekawe, żadne tam kiwanie głowami nad zamierzchłymi dziełami sztuki, tylko sprawy bliskie sercu współczesnego człowieka – czyli kino. Po drugie, zbiór eksponatów jest naprawdę pokaźny, po trzecie zaś – są to rekwizyty, które były naprawdę wykorzystywane na planach filmowych, a które właściciel tego przybytku skupuje, gromadzi i prezentuje w sposób, który robi wrażenie. Ekspozycje, czasem wielkości całych pomieszczeń, drobiazgowo wypełnione dekoracją z filmu, podsycane adekwatnymi zapachami (to akurat o „Pachnidle”), do tego sporo opisów zdradzających filmowe triki, a dla prawdziwych fanów, uwaga, uwaga, werble – tadadadam! - najprawdziwsza królowa Obcych, ruchoma, rycząca, przykuta łańcuchami żeby nie krzywdzić turystów, skąpo oświetlona, mroczna i straszna. Wiadomo, że pierwsza część Obcego była najlepsza, ale mniejsza już o to, z której części pochodzi ta bestia, bo i tak fajnie jest spotkać się z nią twarzą w... twarz?
Na ostatnim piętrze muzeum znajduje się natomiast wystawa miniaturowych makiet, niezwykle precyzyjnych, niezwykle realistycznych i zwyczajnie pięknych. Nie mogłam oderwać od nich mojego obiektywu, choć oczywiście jak głupek musiałam tego dnia rano wywalić z torby filtr polaryzacyjny, bo przecież nie planowałam robić żadnych zdjęć przez szybę. Większość zdjęć posiada więc niestety refleksy zdradzające, że ktoś tu próbuje kogoś nabrać, ale udało mi się zrobić parę takich, które całkiem nieźle potrafią oszukać oko i sprawić wrażenie, że przedstawiają coś prawdziwego. Zobaczcie zresztą sami:

Muzeum Sztuk Pięknych nie wywołało w nas aż tylu emocji, choć ta część, w której czuliśmy się jak w Orsayu, była całkiem spoczko. Ta bardziej „luwrzańska” mniej nas interesowała, a w ogóle to wspominałam już, że czasem czuliśmy się, jakbyśmy byli w Paryżu? Na szczęście przed Musée des Confluences stał wielki napis informujący, że to Lyon. Samo zaś to muzeum, położone przy zbiegu Saony i Rodanu (la confluence to połączenie się dwóch lub więcej nurtów – rzek, ale też bardziej abstrakcyjnych idei), posiada przytłaczająco bogate zbiory dotyczące historii naturalnej i etnografii, których nie da się, po prostu się nie da ogarnąć podczas jednej wizyty. Możecie więc podotykać szkieletów dinozaurów, obejrzeć film o kosmosie, pobawić w przesypywanie różnych rodzajów ziemi, jeśli Was to akurat kręci (pojemnikami z ziemią też można pokręcić). Kręcące się w pobliżu dzieciaki wyglądały na zafascynowane (zwłaszcza dinozaurami).

Na koniec zostawiliśmy sobie spacer po parku de la Tête d'Or, malowniczym i sielskim, pełnym piknikowiczów, karmicieli kaczek, gitarzystów, wędkarzy, rowerzystów, spacerowiczów – a mimo to nadal przestronnym, tak że zdawało się, że miejsca starczy dla każdego. Szkoda tylko, że wiosna dopiero zaczynała się pojawiać w okolicy, podejrzewam, że w towarzystwie liści na drzewach musi tam być jeszcze przyjemniej. 



Na więcej zwiedzania nie zostało nam już czasu, gdyż jak się okazało, mimo strajku kontrolerów lotów na lyońskim lotnisku, udało nam się wrócić do domu zgodnie z planem. Podejrzewam, że w tym roku może mi się jeszcze przydarzyć jakiś spontaniczny Paryż, ale to za parę miesięcy. Na razie i tak jestem zadowolona, że udało mi się trochę pogadać po francusku, po dość długiej przerwie.



wtorek, 3 listopada 2015

Czy można nie lubić nauki francuskiego? - Relacja na żywo z rozstań i powrotów.

Po mniej więcej dwóch i pół roku rozognionej nagle i wciąż podsycanej namiętności przyszła pora na separację z rozsądku – ja poszłam do swoich spraw, a francuski... francuski to nawet nie wiem, gdzie poszedł, chyba sobie przysiadł gdzieś cicho w kąciku, czasem tylko nieśmiało zagadywał (jak kolega) i cierpliwie czekał. Nie robił wymówek, wiedział, że mam inne sprawy na głowie i liczył na to, że skoro obiecałam, to wrócę.

niedziela, 25 stycznia 2015

5 pytań i odpowiedzi, czyli odrobina ekshibicjonizmu pod szyldem „W 80 blogów dookoła świata #10”

Przez długi czas kładłam się spać wcześnie.

Zaowocowało to tym, że znowu w ostatniej chwili zabieram się do pisania notki na specjalną okazję, jaką jest dziesiąty odcinek akcji „W 80 blogów dookoła świata”; tym razem temat jest niezwykle podstępny, bo trzeba niby o Francji i francuskim pisać, ale jednak o sobie – ku uciesze potencjalnych stalkerów i ku zniechęceniu poszukiwaczy merytorycznych treści. Pozostaje tylko łudzić się, że uda mi się zachować resztki internetowej prywatności, a przy okazji przemycić parę ciekawych spostrzeżeń z francuszczyzną związanych. Zapraszam zatem na mini-wywiad z autorką niniejszego bloga, zawarty w pięciu pytaniach, i rzecz jasna, w pięciu odpowiedziach.

środa, 7 stycznia 2015

O czym NIE napisałam na blogu w 2014 roku.

Jeszcze zanim cokolwiek powiem, to już uspokajam Was, drodzy Czytelnicy: nie będzie statystyk, bo zbieranie i śledzenie cyferek zafascynowało mnie dopiero miesiąc temu; archiwum bloga też nie jest na tyle spasione, by wyciągać z niego najlepsze wpisy roku 2014, dlatego mimo iż idea dzisiejszego wpisu to rozpamiętywanie i podsumowania, postaram się zaproponować Wam informacje, których dotąd nie publikowałam jeszcze na niniejszym blogu.
Pomyślałam, że mimo wszystko miło będzie zrobić jakieś sympatyczne podsumowanie minionego roku i przyszło mi do głowy, że podzielę się z Wami moimi okołofrancuskimi odkryciami z ostatnich dwunastu miesięcy. Pokażę Wam trochę piosenek, filmów i książek, a także miejsc w Internecie, które warto od czasu do czasu odwiedzić. Zapraszam!

wtorek, 9 września 2014

Każda okazja jest dobra, żeby napisać coś po francusku.

Il y a quelques jours, Ula a présenté sur son blog le contenu de son sac à main. C'est un bon prétexte pour réviser un peu de vocabulaire! Et je dois avouer que j'ai toujours voulu publier un billet comme ça, sans rien dissimuler, bien évidemment! Alors, comme Ula a encouragé ses lecteurs à présenter aussi l'intérieur de leur sac à main, j'ai pris la photo de mes affaires et je suis prête à vous expliquer l'usage mystérieux de chaque objet. J'avoue que je suis un peu déçue, parce que normalement j'ai plus d'objets inutiles et de déchets sur moi. Je ne sais pas où sont mes mouchoirs sales, mes vieux tickets de caisse et mes ticket de bus dans lesquels je colle mes vieux chewing-gums! Mais il me reste quand même quelques trucs intéressants à présenter.

Kilka dni temu Ula przedstawiła na swoim blogu zawartość swojej torebki. Świetna okazja, żeby powtórzyć trochę słownictwa, nieprawdaż? Muszę przyznać, że zawsze chciałam opublikować tego typu notkę, oczywiście niczego nie zatajając! A zatem, skoro Ula zachęcała swoich czytelników do tego, by również przedstawili wnętrza swoich torebek, zrobiłam zdjęcie swoich rzeczy i oto jestem, gotowa wyjaśnić Wam sekretne przeznaczenie każdego z tych przedmiotów. Przyznaję, że jestem nieco rozczarowana, bo zazwyczaj mam przy sobie dużo więcej bezużytecznych przedmiotów i śmieci. Nie mam pojęcia, gdzie są wszystkie moje zużyte chusteczki, stare paragony i bilety autobusowe, do których przyklejam gumy do żucia! Tak czy inaczej, wciąż jeszcze zostało mi kilka ciekawych szpargałów do zaprezentowania.



niedziela, 2 lutego 2014

Naleśnikowe święto świeczek z Julią Child.

Jako że francuskie prawo handlowe wypaliło metaforyczną dziurę w mojej głowie, czas oderwać się na chwilę od zagadnień językowych i skupić na czymś przyjemniejszym. A że data dziś typowo naleśnikowa, to wpis będzie o jedzeniu.
Nie jest tajemnicą, że droga do mojego serca prowadzi przez żołądek, a większość emocji, które przeżywam, związana jest z jedzeniem. Brak jedzenia = irytacja, dobre jedzenie = zadowolenie. Dlatego żeby nie pomrzeć z głodu czekając, aż ktoś zacznie zabiegać o moje względy z talerzem przysmaków, od czasu do czasu lubię sama przyrządzić coś nowego. W związku z tym w rok 2014 wkroczyłam z książką Francuski szef kuchni” Julii Child.

niedziela, 15 grudnia 2013

9 prawdziwych powodów, dla których warto wybrać francuski.

Od początku istnienia tego bloga mam w głowie pewne wyobrażenia na jego temat – jaki ma być, jaki nie być i komu służyć. Jednym z założeń, których staram się trzymać, jest pisanie tylko rzeczy, które sama pomyślałam lub które chociaż przetworzyłam; unikam natomiast tego, co raczej mnie nudzi, czyli kopiowania ogólnodostępnych informacji bez żadnej refleksji na wybrany temat. Jedną z takich powszechnych kalek jest litania powodów, dla których warto się uczyć jakiegoś języka, na której obowiązkowo musi znaleźć się informacja o liczbie jego użytkowników na świecie, fakt bycia jednym z oficjalnych języków w jakiejś poważnej organizacji międzynarodowej oraz parę oczywistości typu: znając dobrze język możesz pojechać na wakacje do Francji, na studia do Belgii i na zmywak do Szwajcarii. Nie twierdzę, że te informacje nie powinny być nigdzie zebrane i udostępnione; po prostu tutaj chcę sobie pogadać o francuskim, a nie tworzyć kompendium wiedzy w stanie czystym i surowym.

Ciekawa jestem, dla ilu osób podejmujących naukę języka francuskiego rzeczywiście ma znaczenie to, w ilu krajach afrykańskich jest to język urzędowy albo ile z tych osób marzy o karierze dyplomatycznej w ONZ. Część uczniów pewnie jest już dorosła, studia ma za sobą, w Polsce założyli rodziny albo nierozsądnie wybrali zawód prawnika i czują się z tego powodu przywiązani do ziemi ojczystej, na której wyuczone prawo obowiązuje (naprawdę, tylko znikoma część z nich ma jakąkolwiek szansę na zostanie sędziami w ETS) – a mimo to biorą się za naukę francuskiego. Po co?

Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić moją listę powodów, dla których warto uczyć się języka francuskiego. Będzie subiektywna, niemal poważna i – mam nadzieję – zachęcająca.

 
Na wstępie obraz z gołą babą, żeby zwiększyć zainteresowanie Czytelników. To oczywiście Manet.

wtorek, 10 grudnia 2013

Harry Potter i magiczna bagietka, czyli doskonalenie umiejętności praktycznych.

Po raz kolejny przeskoczyłam z fazy podręcznikowo-przybiurkowej do fazy niepodręcznikowo-nieokreślonej i po wspomnianych ostatnio zabawach z gramatyką zrobiłam sobie przerwę od zeszytu i notatek na rzecz... no, tak naprawdę to na rzecz spraw nie związanych bezpośrednio z francuskim i wydawać by się mogło, że moja nauka ponownie przyhamowała. Przemyślałam jednak sprawę i doszłam do wniosku, że może mało się uczę-uczę, ale za to sporo praktykuję. Zamierzam się zatem trochę pochwalić, nie szukajcie więc dziś u mnie porad, praktycznych opinii i kontrowersyjnych tematów do dyskusji (bo nie od dziś wiadomo, że nauka języka to sport kontrowersyjny i konfliktogenny – palenie fiszek przed ambasadami, parady zwolenników i przeciwników uczenia się wielu języków naraz, oblewanie farbą ludzi, którzy zamiast uczyć się w domu zapisali się na kurs, to wszystko zdarza się w prawdziwym życiu). Jeśli zatem ktoś szuka konkretów, to może się srodze zawieść; ale i tak zapraszam do lektury. 

środa, 11 września 2013

365 dni z francuskim.

Drogi Czytelniku,
Bardzo się martwię że poczujesz się rozczarowany tym, co zamierzam za chwilę napisać i że nie spełni to Twoich oczekiwań. Zgaduję bowiem, że spodziewasz się, iż zaproponuję Ci pewnego rodzaju grę, zabawę, wyzwanie, ba, może nawet niezawodną receptę na opanowanie języka francuskiego w ciągu tytułowych 365 dni. No cóż, moje dzisiejsze propozycje nie będą aż tak wyszukane.

Niniejsza notka ma wymiar przede wszystkim towarzyski, nieco gawędziarski, a także odrobinę wspominkowy, albowiem to dzisiaj właśnie blog „Uzależnienie od francuszczyzny” kończy swój pierwszy rok egzystowania w Internecie. 
Przyznaję, że czuję się podekscytowana o wiele bardziej niż w dniu własnych urodzin :) Prowadzenie tego bloga sprawia mi ogromną przyjemność i wciąga coraz bardziej, co chyba widać również po rosnącej częstotliwości pojawiania się wpisów. A wraz z tym wzrasta ilość czytelników, co także niezmiernie mnie cieszy. Czy wiecie, że przez pierwsze miesiące ten blog był naprawdę niszowy i prawie nikt go nie odwiedzał, za to w samym tylko sierpniu zajrzało tu prawie trzy tysiące osób (część z Was pewnie jest botami, ale i tak...)? Chciałabym Wam wszystkim podziękować za czytanie moich wynurzeń, dzielenie się swoimi opiniami, a w szczególności za podrzucanie nowych pomysłów odnośnie dalszej nauki, które wielokrotnie okazały się strzałem w dziesiątkę.

Z okazji tej małej rocznicy chciałabym Was zaprosić do dalszych regularnych odwiedzin, w czym na pewno pomoże Wam polubienie mojego bloga na Facebooku :) Będą się tam pojawiać nie tylko powiadomienia o nowych wpisach, ale również niesprecyzowane jeszcze ciekawostki i luźne spostrzeżenia, które z jakiegoś powodu nie znajdą dla siebie miejsca w regularnych notkach. Guziczek do lubienia znajdziecie w prawym górnym rogu strony.

Natomiast wszystkie osoby spragnione merytorycznej notki zapraszam ponownie w okolicach jutra, kiedy to powinnam dokończyć swoje rozmyślania na temat tego, czy lepiej czytać normalne gazety obcojęzyczne, czy też specjalne magazyny do nauki języków obcych.

niedziela, 1 września 2013

5 magicznych sposobów na płynne rozmowy po francusku. Prosto z Prowansji. (część pierwsza)

Myśl o wakacjach we Francji niezwykle mnie ekscytowała przede wszystkim dlatego, że oto miało się wreszcie okazać, czy rzeczywiście moja już prawie półtoraroczna nauka francuskiego jest aż tak owocna, jak mniemałam. Mimo nieustającego przekonania o własnej wspaniałości ;) tkwiła bowiem we mnie nutka niepokoju: a może faktycznie nie będzie wcale różowo? Wszak zwolennicy poglądu, że francuski jest bardzo trudny, z sadomasochistyczną rozkoszą powtarzają, że można się go uczyć wiele lat, a jak się pojedzie do Francji, to nic się nie zrozumie i że to pewne, bo oni pojechali i nie rozumieli więc wiedzą. Albo nie pojechali, ale i tak wiedzą. Zastanawiałam się zatem, czy uda mi się jako tako porozumieć z autochtonami, zwłaszcza że do wszystkiego miał jeszcze dojść ów słynny prowansalski akcent, którego przecież zniekształca słowa do tego stopnia, że my, biedacy, nawykli do ładnych, okrągłych paryskich słów, nie rozpoznamy znaczenia najprostszych zdań, jakie się do nas wypowie.

Cóż, chyba już widać, że sobie trochę dworuję z tych popularnych stereotypów, można więc się domyślać, że nie było wcale źle. A jak było? Już opowiadam.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Śladami Van Gogha i Cézanne'a: post-prowansalskie post-impresje.

Rozpakowywanie walizek nigdy nie było moją mocną stroną, dlatego od popołudnia stoją gdzieś w kącie, podczas gdy ja zdążyłam już odespać zbójecko wczesny lot z Marsylii i niezbyt wygodny powrót pociągiem z Warszawy i na nowo poczuć się w domu jak u siebie. Tygodniowe wakacje na południu Francji przyniosły mi oczywiście wiele przemyśleń językowych, które wkrótce znajdą ujście w osobnym wpisie, ale już teraz mogę powiedzieć, że wróciłam dumna z siebie, podbudowana swoimi umiejętnościami i oczywiście gotowa do dalszej nauki – z przekonaniem, że choć jeszcze bardzo wiele przede mną, to tak naprawdę jeśli się chce, to nic nie jest trudne.

Tymczasem, pociągając noskiem (gorące dni, chłodne noce i silny wiatr – gdyby to nie wystarczyło żeby się przeziębić, polecam dorzucić kąpiele w zimnych zatoczkach), zabieram się do szybkiej relacji z podróży.

sobota, 10 sierpnia 2013

Nie samym francuskim człowiek żyje, czyli skąd się bierze chleb.

Od czasu do czasu korci mnie, żeby pouprawiać trochę blogaskowego ekshibicjonizmu i uchylić rąbka tajemnicy na temat tego, co robię, kiedy nie uczę się francuskiego. Szybko jednak się opamiętuję i uświadamiam sobie, że to by nie miało sensu, bo przecież uczę się francuskiego praktycznie cały czas! Mimo wszystko wymyśliłam sobie, że stworzę taką kompromisową notkę, która będzie niby trochę o mnie, ale jednak o francuskim. W związku z tym postanowiłam Wam opowiedzieć o moim nowym zajęciu, które wyeliminowało z mojego życia konieczność porannego przekomarzania się z mężczyzną na temat tego, kto idzie do sklepu po chleb. Opowieść, jak na tematykę bloga przystało, będzie oczywiście po francusku, zwłaszcza że ostatnio zmagam się z systematyzowaniem wiedzy na temat wszelkich możliwych zaimków: w teorii wszystko jest zrozumiałe, w praktyce zawsze pojawia się mnóstwo zawahań i wątpliwości. Muszę więc ćwiczyć, ot co.