Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2015

Blogowanie pod jemiołą 2015 - świąteczne prezenty pod warunkiem!


Hm, hm (autorka mruczała sobie cichutko pod garbatym nosem z kurzajką), jak by Wam tu popsuć świąteczny nastrój? Powiedzieć, że świąt nie będzie? Nie uwierzycie. Zabrać prezenty? Nie, tego nawet ja nie mogłabym zrobić... Może posadzić do zadań z gramatyki? He, he, he... (wstrętny, skrzekliwy śmiech).


Pewnie tego nie pamiętacie, ale w zeszłym roku przy okazji „Blogowania pod jemiołą” poczułam nieodpartą pokusę, żeby zeskrobać lukier z naszej akcji i wprowadzić trochę negatywnych emocji: wypominanie braku męża przy świątecznym stole przez stroskaną rodzinę i takie tam. Tak mi się to spodobało, że i tym razem postanowiłam się z Wami trochę podrażnić. I oto przed Wami otwiera się szesnaste okienko naszego adwentowego kalendarza - ale nie przeczytacie dziś u mnie o świątecznych smakołykach, tradycjach, zwyczajach ani kolędach... Może jutro, na blogu English at Tea trafi Wam się jakiś słodszy kąsek, ale nie u mnie, robaczki, nie u mnie...

środa, 7 stycznia 2015

O czym NIE napisałam na blogu w 2014 roku.

Jeszcze zanim cokolwiek powiem, to już uspokajam Was, drodzy Czytelnicy: nie będzie statystyk, bo zbieranie i śledzenie cyferek zafascynowało mnie dopiero miesiąc temu; archiwum bloga też nie jest na tyle spasione, by wyciągać z niego najlepsze wpisy roku 2014, dlatego mimo iż idea dzisiejszego wpisu to rozpamiętywanie i podsumowania, postaram się zaproponować Wam informacje, których dotąd nie publikowałam jeszcze na niniejszym blogu.
Pomyślałam, że mimo wszystko miło będzie zrobić jakieś sympatyczne podsumowanie minionego roku i przyszło mi do głowy, że podzielę się z Wami moimi okołofrancuskimi odkryciami z ostatnich dwunastu miesięcy. Pokażę Wam trochę piosenek, filmów i książek, a także miejsc w Internecie, które warto od czasu do czasu odwiedzić. Zapraszam!

czwartek, 1 stycznia 2015

Michel Legrand, francuskie piosenki, subjonctif i liczne wiatraki.

W to leniwe, noworoczne popołudnie i wieczór, kiedy wszyscy snują się po domu, lekko niedospani i znudzeni internetem, który z choinek i tematów świątecznych przeskoczył na tematy postanowień noworocznych i zdjęć z niedawnych imprez, chciałabym zaproponować Wam temat niezbyt wymagający, ale i nie związany z żadną okazją, z żadną szczególną datą w kalendarzu. Nie będzie podsumowań, sylwestrowo-noworocznego słownictwa, ani planów na rozpoczęty właśnie rok, postaram się natomiast łagodnie Was ukołysać i odprężyć. A może przy okazji nieco zaciekawić i zainspirować do poszukiwania nieodkrytej przez Was dotąd muzyki francuskiej.

Michel Legrand, francuski kompozytor filmowy, ma na swoim koncie sporo piosenek, które wpadły mi w ucho i podbiły moje serce. Bywają liryczne, czasem dowcipne, czasem nieco jazzowe, często dość znane, więc jest szansa, że już się z nimi zetknęliście.

środa, 17 grudnia 2014

Blogowanie pod jemiołą: święta z Joséphine.

Zauważyliście, że wszędzie teraz piszą o świętach? O śnieżnej zimie, słodkich pierniczkach, ciepłych, puchatych swetrach, bożonarodzeniowych jarmarkach i cudownej świątecznej atmosferze?

No cóż, to już siedemnasty dzień akcji „Blogowanie pod jemiołą”, więc najwyższy czas na łyżkę dziegciu w tej krainie miodu i szczęścia!

Napisałabym, że nie chcę Wam psuć tych uroczych chwil pełnych zupełnie bezkarnej egzaltacji, ale czy ktoś by mi uwierzył?
Zapewne znacie stereotyp wiecznie niezadowolonego, narzekającego na wszystko Francuza; mimo odmiennego obywatelstwa moja dusza jest już przeżarta francuską rdzą na tyle, że nie mogę odmówić sobie spojrzenia na temat naszej akcji z trochę innej, tej bardziej kąśliwej strony. Ale mam nadzieję, że zamiast się zniechęcać, Wy również znajdziecie radość w tym nega... alternatywnym podejściu.

sobota, 13 grudnia 2014

Le bal des vampires - jak to się robi po francusku.

O międzylądowaniu w Paryżu myślałam bez entuzjazmu: miasto zwiedzone dawno temu, znajomi odwiedzeni trzy miesiące wcześniej, w dodatku posmakowałam już ongiś tego Paryża w listopadzie, wieje tam i zimno, ot co. Niestety, linie lotnicze świata sprzysięgły się akurat przeciwko mnie i wymienione miasto okazywało się być najtańszą i najdogodniejszą opcją w drodze do Bordeaux (o tej podróży też wkrótce napiszę coś na blogu). Uległam więc. A już parę dni po kupieniu biletów zaczęłam z niecierpliwością przebierać nóżkami i czekać na ten Paryż jak na księcia z bajki.

Albo raczej na hrabiego czekałam, choć z bajki cokolwiek mrocznej. Wpadłam bowiem na doskonały pomysł, by podczas pobytu w owej stolicy mody wybadać, co się obecnie nosi na balach u wampirów. Jeden z nich był akurat wyprawiany w teatrze Mogador, zdobyłam więc bilet i przy okazji popytałam tu i ówdzie kto zacz, ten hrabia von Krolock. Powiadają, że łotr, uwodziciel i bestia, więc moje dziewczęce serduszko zadrżało z lęku i z podekscytowania zarazem.

piątek, 25 lipca 2014

5 francuskich filmów dla wymagającego widza (W 80 blogów dookoła świata #4)

Ale czego Widz wymaga? Z pewnością nowego wpisu spod szyldu „W 80 blogów dookoła świata” (zwłaszcza że w zeszłym miesiącu niestety się nie doczekał). Poza tym Widz wymaga niechybnie, by polecane filmy były w języku francuskim, a przynajmniej tego się po nich spodziewa wchodząc na niniejszego bloga – i w tym zakresie nie spotka go rozczarowanie! Co do dalszych wymagań mogę jedynie snuć przypuszczenia, które i tak nie będą w pełni trafne, z uwagi na różnorakie gusta amatorów języka francuskiego. Pozwoliłam sobie jednak założyć, że wszyscy już słyszeli o „Amelii”, „Nietykalnych” i „Jeszcze dalej niż północ”, może nawet są lekko zmęczeni zatrzęsieniem francuskich komedii (romantycznych i nie tylko). Wiem, wiem, lato w pełni i pewnie sporo czytelników nie miałoby nic przeciwko jakiemuś sympatycznemu i niewymagającemu filmowi, ale pomyślałam sobie, że najwyżej wrócicie tu zimą, kiedy najdzie Was ochota na coś ambitniejszego. Postanowiłam bowiem przedstawić Wam kilka starszych tytułów, po które naprawdę warto sięgnąć, mimo że nie ukrywam, że niektóre mogą okazać się ciężkie.

sobota, 7 czerwca 2014

Sekretne pasaże Paryża, czyli jak uchronić się przed rozczarowaniem.

To miała być recenzja książki, ale trochę mnie poniosło i wyszło co wyszło. Na typową recenzję nie liczcie, choć warta uwagi książka gdzieś się tam czai, szczelnie okryta kołderką mojego słowotoku. Voilà.



Tak nas współczesna kultura masowa zaprogramowała, że na hasło „Paryż” niejeden zastrzyże uszami i pozwoli sobie choćby na przelotne ukłucie nostalgii, przebłysk tęsknoty za nie całkiem wysłowionymi obietnicami i fantazjami, a przy okazji zerknie jeszcze mimochodem, czy nie da się kupić tanich biletów lotniczych na jakiś nieodległy termin. Paryż, Paryż, podobno wart jest mszy, ale jeszcze bardziej wart jest odwiedzenia, cyknięcia sobie kilku czarno-białych fotek w strategicznych miejscach i odhaczenia najważniejszych punktów z przewodnika, polansowania się po kawiarniach, zeżarcia paru bagietek i okazania nieszczerego zachwytu nad nietrafnie wybranym winem z supermarketu, które było rozkosznie tanie, ale trochę jednak czuć w nim siarkę.

Od dawna chodzi mi po głowie stworzenie krótkiej instrukcji zwiedzania miast, na ratunek tym wszystkim niepoprawnym romantykom, którzy wciąż wierzą, że istnieje gdzieś miasto idealne, posiadające wyłącznie piękne budowle, wyłącznie udaną pogodę, tubylców czekających tylko, by wdać się z nimi w rozmowę i rozwiać nudę samotnego zwiedzania, miasto z atmosferą jak z bajki, gdzie nie ma korków, śmieci, bilbordów i innych turystów. Chciałoby się ustrzec przed rozczarowaniem tych wszystkich, którzy mogą po zwodniczo łagodnym lądowaniu boeinga na lotnisku de Gaulle'a natychmiast boleśnie zderzyć się z rzeczywistością.

Oczekiwania nasze podsyca dodatkowo internet, gdzie ludzie zwykli straszliwie kłamać o Paryżu (albo raczej pomijać niewygodne fragmenty), może ze wstydu przed sobą, że im się nie podobało aż tak bardzo, jak by chcieli. Wszak zawsze można się pocieszać zdjęciami pięknie obrobionymi w fotoszopie i opowiadaniem innym z lekką nutką wyższości, że tak, byłem, widziałem, zachwyciło, oj, jak zachwyciło.

Pewnie i Ty, Czytelniku, zdążyłeś już w życiu dojść do wniosku, że wszystkie europejskie miasta wyglądają z grubsza tak samo, mają swoje perełki, ale im więcej perełek, tym większy tłum psujący kadr, ludzie ubrani zupełnie współcześnie i nieco zbyt pstrokato, wokół reklamy, migające neony, hałas, samochody, ordynarne bloki i domy mieszkalne, spaliny, kebab i groch z kapustą. Trzeba co raz przymykać na coś oko i tylko wybiórczo zerkać na zadane fragmenty, żeby podsycać w sobie niegasnący płomień zachwytu, bo następne wakacje dopiero za rok.

A jednak, gdzieś tam w tle pospolitej codzienności, wciąż czai się w nas ta nostalgia i tęsknota, więc czasem prosimy: „o, Paryżu, uwiedźże mnie, oczaruj, zdradź swoje sekrety, poprowadź nieznanymi brukowanymi ścieżkami, na wyspy szczęśliwe Saint-Louis i la Cité zawiedź, upój mnie miksturą magiczną, dekoktem uwarzonym z emocji, wrażeń i atmosfery bohemy!”. I tak inwokując, na co dzień siedzimy sobie tutaj, na prowincji, która nie jest Paryżem, gdzie łatwiej w ten Paryż wierzyć, a od czasu do czasu próbujemy się ratować literaturą. Kto wie, może będzie nawet lepsza niż Paryż we własnej osobie?

niedziela, 27 kwietnia 2014

5 francuskich hiciorów ze szwajcarskiego radia.

W czasach, kiedy jeszcze nie szło mi najlepiej rozumienie ze słuchu, francuskojęzyczne radio było dla mnie bardzo istotnym narzędziem nauki, jak również nieodłącznym dodatkiem do takich przedmiotów jak miotła i zmywak. Wówczas najbardziej interesowały mnie stacje, w których było dużo gadania, a mało śpiewania, a nie daj Boże jeszcze po angielsku – dlatego upodobałam sobie radio nadające bez przerwy informacje dnia i byłam bardziej na czasie z tym, co się dzieje we Francji, niż w Polsce. Niestety, po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że nie jest to najciekawsze radio na świecie i rozpoczęłam poszukiwania lepszego zamiennika. A że zbiegło się to w czasie ze szwajcarskim referendum odnośnie imigrantów, to spragniona wieści wyruszyłam poza radiowe rubieże Francji. I tak oto trafiłam na http://www.rts.ch/ , które póki co na stałe zastąpiło mi wszelkie odmiany Radio France. Z terytorium Polski dostępne są cztery stacje: La Première – oferuje najwięcej niusów i innych treści mówionych; Espace 2 - skupiające się na kulturze, łatwo natknąć się na operę i muzykę klasyczną; Couleur 3 – nastawiona głównie na młodych słuchaczy, oferująca sporo zagranicznej muzyki; Option Musique – opcja dla spragnionych muzyki, przeważnie francuskiej, czasem anglojęzycznej, którą dość chętnie wybieram; sporo tu starych hiciorów, ale i trochę nowości. Swoim klimatem wywołuje u mnie często nostalgiczne wrażenie leniwego, niedzielnego popołudnia.

Na stronie każdej stacji możecie posłuchać fragmentów audycji i piosenek. Ja sama ostatnio włączam radio głównie w celu posłuchania muzyki i odkrycia nowych (zwykle tylko dla mnie...) francuskich hiciorów. Dziś prezentuję krótką listę wyłapanych utworów z dedykacją dla tych, którzy ucząc się francuskiego poszukują nowych muzycznych inspiracji. No bo ile można słuchać Edith Piaf, Carli Bruni i Jacquesa Brela? Część z czytelników z pewnością już słyszało o tych wykonawcach, a właściwie to wykonawczyniach, bo tak się złożyło, że na liście znalazły się same panie, które zasłużyły sobie na to jakże zaszczytne wyróżnienie przede wszystkim swoimi dość ciekawymi głosami lub przyjemnymi dla ucha aranżacjami instrumentalnymi. Może nie zawsze są to artystki, które skradły moje serce, ale na pewno warto zwrócić na nie uwagę poszukując nowych piosenek do szlifowania francuskiego.

środa, 23 kwietnia 2014

5 francuskich powieści, które musisz przeczytać (akcja: W 80 blogów dookoła świata)

Na początek małe sprostowanie: pięć książek, które musisz przeczytać, to tak naprawdę sześć książek, które możesz przeczytać, z czego trzy mogę polecić, a trzech nie mogę, bo sama dopiero mam je na liście do przeczytania. Nagłówek sprowadza na manowce tym bardziej, że jedna z tych sześciu książek składa się tak naprawdę z siedmiu książek, ale to nic, skoro tytuł notki jest tylko luźnym hasłem przewodnim nowej akcji pod nazwą „W 80 blogów dookoła świata”. Do śledzenia projektu niniejszym serdecznie zapraszam!

Jak na egzaltowaną snobkę przystało, zahaczę też o klasykę, postaram się jednak nie zniechęcić Was zamiast zachęcić, spróbuję za to trochę przystępniej przedstawić paru moich ulubieńców, unikając fraz w stylu „och ach, wybitne dzieło, nikomu nie trzeba przedstawiać, każdy musi to znać, ą i ę”. Niech to będą klasycy z ludzką twarzą. Zresztą, snobistyczną nutkę nieco fałszuje fakt, że w większości czytałam ich w przekładzie.

niedziela, 2 lutego 2014

Naleśnikowe święto świeczek z Julią Child.

Jako że francuskie prawo handlowe wypaliło metaforyczną dziurę w mojej głowie, czas oderwać się na chwilę od zagadnień językowych i skupić na czymś przyjemniejszym. A że data dziś typowo naleśnikowa, to wpis będzie o jedzeniu.
Nie jest tajemnicą, że droga do mojego serca prowadzi przez żołądek, a większość emocji, które przeżywam, związana jest z jedzeniem. Brak jedzenia = irytacja, dobre jedzenie = zadowolenie. Dlatego żeby nie pomrzeć z głodu czekając, aż ktoś zacznie zabiegać o moje względy z talerzem przysmaków, od czasu do czasu lubię sama przyrządzić coś nowego. W związku z tym w rok 2014 wkroczyłam z książką Francuski szef kuchni” Julii Child.

piątek, 6 września 2013

Notre Dame de Paris i wybrani Francuzi mojego życia.

Ostatnio cierpię na nadmiar weny, który zmusza mnie do pisania kolejnych notek na bloga i werbalizowania pojawiających się ciągle nowych pomysłów, chociaż jeszcze sporo starych czeka na swój moment. Skoro jednak poprzednio było sporo teoretyzowania i pouczania, to tym razem pora na coś lżejszego – czyli trochę muzyki i literatury, a wszystko przepasane, jakby wstęgą, odrobiną nostalgii i wspomnieniami z dzieciństwa.

Pamiętacie jak to się stało, że spośród tylu języków obcych wybraliście akurat ten jeden konkretny, któremu zaczęliście się poświęcać? Dlaczego właśnie ten, a nie inny kraj i jego kultura wysunęły się na pierwsze miejsce i w którym momencie to nastąpiło? Czasem próbuję odnaleźć w pamięci ten moment, w którym pojawiły się pierwsze przebłyski mojego późniejszego uzależnienia od francuszczyzny i uświadamiam sobie, że na pewno było to bardzo dawno temu, jeszcze w dzieciństwie. Pamiętam, że gdy odbywała się olimpiada w Atlancie (miałam wtedy dziewięć lat), wpadła mi w ucho Marsylianka i potem ciągle męczyłam mamę, żeby mi ją nuciła, a w międzyczasie lepiłam z plasteliny zawodników ozdobionych francuskimi flagami :) Później przy różnych okazjach zawsze chętnie kibicowałam Francuzom, niezależnie od dyscypliny, co może wskazywać na to, że szaleństwo zostało już we mnie zaszczepione. A pewnego dnia zobaczyłam w telewizji Marinę Anissinę i Gwendala Peizerat, jeżdżących na łyżwach do muzyki z Carminy Burany i zakochałam się – prawdopodobnie na równi w tej parze (gdzie ona często podnosiła jego!), i w ślicznym Gwendalu ;) Może nie był do końca w moim typie, ale rekompensował mi to uśmiechem, któremu nie można było się oprzeć. Zaczęłam więc śledzić ich karierę i z ogromną przyjemnością oglądałam ich występy – zwłaszcza te galowe, które odbywały się po zakończeniu kolejnych mistrzostw. I w ten sposób po raz pierwszy usłyszałam o „Notre Dame de Paris”. I właśnie po to był ten długi wstęp – by naprowadzić Was na temat tego musicalu, a wraz z nim na historię pewnego dzwonnika.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Śladami Van Gogha i Cézanne'a: post-prowansalskie post-impresje.

Rozpakowywanie walizek nigdy nie było moją mocną stroną, dlatego od popołudnia stoją gdzieś w kącie, podczas gdy ja zdążyłam już odespać zbójecko wczesny lot z Marsylii i niezbyt wygodny powrót pociągiem z Warszawy i na nowo poczuć się w domu jak u siebie. Tygodniowe wakacje na południu Francji przyniosły mi oczywiście wiele przemyśleń językowych, które wkrótce znajdą ujście w osobnym wpisie, ale już teraz mogę powiedzieć, że wróciłam dumna z siebie, podbudowana swoimi umiejętnościami i oczywiście gotowa do dalszej nauki – z przekonaniem, że choć jeszcze bardzo wiele przede mną, to tak naprawdę jeśli się chce, to nic nie jest trudne.

Tymczasem, pociągając noskiem (gorące dni, chłodne noce i silny wiatr – gdyby to nie wystarczyło żeby się przeziębić, polecam dorzucić kąpiele w zimnych zatoczkach), zabieram się do szybkiej relacji z podróży.

wtorek, 26 marca 2013

Dwie Francuzki dla początkujących.



Któregoś razu przeglądając statystyki bloga odkryłam, że został on wyszukany za pomocą frazy „Francuzki dla początkujących”. Rozbawiona tą literówką zapytałam mojego mężczyznę, czy przychodzą mu do głowy jakieś ładne Francuzki, które poleciłby początkującym amatorom kobiecej urody, zaś on bez wahania wskazał na Isabelle Adjani. Cóż, ten wybór nie był dla mnie zaskoczeniem, znając upodobanie mojego chłopca do aktorek o wielkich oczach i twarzach niewiniątek :) Sama zresztą, podczas seansu „Królowej Margot” czy „Miłości Adele H.” też byłam pod wrażeniem tej gładkiej buzi i niebieskich oczek, natomiast parę dni temu, widząc ją w roli Camille Claudel (w filmie o takim samym tytule) utwierdziłam się w przekonaniu, że świetnie wczuwa się w postaci kobiet balansujących na granicy obłędu – czy nawet przekraczających tę granicę.

środa, 16 stycznia 2013

Le tourbillon de la vie.



Dzisiejsza notka będzie mieć dość luźny związek z nauką, ale idea zażyłego związku z językiem francuskim zostanie oczywiście zachowana. Chcę bowiem napisać trochę o filmach – a w zasadzie o jednym filmie – i trochę o muzyce – a w zasadzie o jednej piosence.

Jakiś czas temu mój mężczyzna, wielki amator kina, a przy okazji również muzyki filmowej, zaproponował mi obejrzenie paru filmów francuskiego reżysera, który zwie się François Truffaut i znany jest jako jeden z prekursorów tak zwanej nowej fali (La Nouvelle Vague). Jak się można spodziewać, ochoczo przystałam na ten pomysł i to nie tylko dla przyjemności posłuchania, jak aktorzy mówią po francusku, ale też ze snobistycznej potrzeby dokształcenia się z dzieł, które najwyraźniej intelektualny snob powinien znać (zwłaszcza, że się już kiedyś zaczęło zaznajamiać z nową falą za sprawą Godarda) ;) W ten oto sposób w krótkich odstępach czasu obejrzałam „Miłość Adeli H.” (L'Histoire d'Adele H. - o obsesyjnej namiętności córki Victora Hugo do pewnego ślicznego oficera), „Czterysta batów” (Les quatre cents coupe), który szczególnie przypadł mi do gustu, choć jest raczej gorzki mimo iż momentami zabawny, oraz film „Jules i Jim” (Jules et Jim) – o którym to właśnie zamierzam napisać parę zdań więcej.