Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francuskie piosenki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą francuskie piosenki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lipca 2016

Jak zacząć samodzielną naukę francuskiego? - Mały poradnik dla ludzi bez obsesji.

Mglista idea tego wpisu chodziła za mną od lat i w głębi serduszka myślałam, że nigdy on nie powstanie. Do tej pory nie miałam na niego pomysłu, zwłaszcza że sama zaczynałam naukę w warunkach nietypowych: miałam dużo wolnego czasu i zapał graniczący z obsesją, łapałam więc wszystko co się tylko mogło nadać do nauki, zaczynałam milion metod naraz, siedziałam nad francuskim codziennie godzinami i gdy przestawałam, to nie mogłam się doczekać, kiedy znowu zacznę. Od początku czułam, że zwykli ludzie chyba tak nie mają i na nic im pycha-rady typu: poświęć się bez reszty francuskiemu, a rychło się nauczysz.
A teraz nagle pomysł na ów wpis wreszcie się wyklarował, a to za sprawą dwóch czynników: po pierwsze, zmanipulowałam matulę, żeby zaczęła się uczyć francuskiego i w związku z tym musiałam jej zaproponować jakieś materiały, a po drugie, sama nieśmiało zabrałam się za kolejny język i staram się korzystać ze swoich dotychczasowych doświadczeń, tak żeby stworzyć jak najskuteczniejszy system nauki. Tym razem mam mało czasu i umiarkowany zapał, a moim celem jest w miarę sprawna, rzetelna nauka i dojście do jakiegoś w miarę komunikatywnego poziomu w okolicach literki B. Taka postawa zbliżona do przeciętnej pozwoli być może na sformułowanie kilku uniwersalnych porad odnośnie do tego, jak ugryźć naukę języka obcego – z naciskiem na francuski, oczywiście.

sobota, 28 listopada 2015

Perwersyjne zabawy z fonetyką, mały koliber i Zaz.

Według indiańskiej legendy, pewnego dnia w lesie wybuchł wielki pożar. Wszystkie zwierzęta przyglądały się temu, przerażone i bezsilne. Tylko jeden mały koliber zaczął przynosić w swoim dziobie po kilka kropel wody i zrzucać je na płomienie. W pewnej chwili pancernik, rozdrażniony tym bzdurnym zachowaniem, powiedział: „Kolibrze, oszalałeś? Kroplami wody nie ugasisz pożaru!” Koliber mu odpowiedział: „Wiem, ale robię to, co do mnie należy”.

Prosta opowieść, prawda?

A teraz wyobraźcie sobie, że jesteście Francuzami, umiecie powiedzieć po polsku zaledwie „dzień dobry” i ktoś Wam właśnie dał do przeczytania na głos takie oto zdanie:

środa, 7 stycznia 2015

O czym NIE napisałam na blogu w 2014 roku.

Jeszcze zanim cokolwiek powiem, to już uspokajam Was, drodzy Czytelnicy: nie będzie statystyk, bo zbieranie i śledzenie cyferek zafascynowało mnie dopiero miesiąc temu; archiwum bloga też nie jest na tyle spasione, by wyciągać z niego najlepsze wpisy roku 2014, dlatego mimo iż idea dzisiejszego wpisu to rozpamiętywanie i podsumowania, postaram się zaproponować Wam informacje, których dotąd nie publikowałam jeszcze na niniejszym blogu.
Pomyślałam, że mimo wszystko miło będzie zrobić jakieś sympatyczne podsumowanie minionego roku i przyszło mi do głowy, że podzielę się z Wami moimi okołofrancuskimi odkryciami z ostatnich dwunastu miesięcy. Pokażę Wam trochę piosenek, filmów i książek, a także miejsc w Internecie, które warto od czasu do czasu odwiedzić. Zapraszam!

czwartek, 1 stycznia 2015

Michel Legrand, francuskie piosenki, subjonctif i liczne wiatraki.

W to leniwe, noworoczne popołudnie i wieczór, kiedy wszyscy snują się po domu, lekko niedospani i znudzeni internetem, który z choinek i tematów świątecznych przeskoczył na tematy postanowień noworocznych i zdjęć z niedawnych imprez, chciałabym zaproponować Wam temat niezbyt wymagający, ale i nie związany z żadną okazją, z żadną szczególną datą w kalendarzu. Nie będzie podsumowań, sylwestrowo-noworocznego słownictwa, ani planów na rozpoczęty właśnie rok, postaram się natomiast łagodnie Was ukołysać i odprężyć. A może przy okazji nieco zaciekawić i zainspirować do poszukiwania nieodkrytej przez Was dotąd muzyki francuskiej.

Michel Legrand, francuski kompozytor filmowy, ma na swoim koncie sporo piosenek, które wpadły mi w ucho i podbiły moje serce. Bywają liryczne, czasem dowcipne, czasem nieco jazzowe, często dość znane, więc jest szansa, że już się z nimi zetknęliście.

niedziela, 27 kwietnia 2014

5 francuskich hiciorów ze szwajcarskiego radia.

W czasach, kiedy jeszcze nie szło mi najlepiej rozumienie ze słuchu, francuskojęzyczne radio było dla mnie bardzo istotnym narzędziem nauki, jak również nieodłącznym dodatkiem do takich przedmiotów jak miotła i zmywak. Wówczas najbardziej interesowały mnie stacje, w których było dużo gadania, a mało śpiewania, a nie daj Boże jeszcze po angielsku – dlatego upodobałam sobie radio nadające bez przerwy informacje dnia i byłam bardziej na czasie z tym, co się dzieje we Francji, niż w Polsce. Niestety, po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że nie jest to najciekawsze radio na świecie i rozpoczęłam poszukiwania lepszego zamiennika. A że zbiegło się to w czasie ze szwajcarskim referendum odnośnie imigrantów, to spragniona wieści wyruszyłam poza radiowe rubieże Francji. I tak oto trafiłam na http://www.rts.ch/ , które póki co na stałe zastąpiło mi wszelkie odmiany Radio France. Z terytorium Polski dostępne są cztery stacje: La Première – oferuje najwięcej niusów i innych treści mówionych; Espace 2 - skupiające się na kulturze, łatwo natknąć się na operę i muzykę klasyczną; Couleur 3 – nastawiona głównie na młodych słuchaczy, oferująca sporo zagranicznej muzyki; Option Musique – opcja dla spragnionych muzyki, przeważnie francuskiej, czasem anglojęzycznej, którą dość chętnie wybieram; sporo tu starych hiciorów, ale i trochę nowości. Swoim klimatem wywołuje u mnie często nostalgiczne wrażenie leniwego, niedzielnego popołudnia.

Na stronie każdej stacji możecie posłuchać fragmentów audycji i piosenek. Ja sama ostatnio włączam radio głównie w celu posłuchania muzyki i odkrycia nowych (zwykle tylko dla mnie...) francuskich hiciorów. Dziś prezentuję krótką listę wyłapanych utworów z dedykacją dla tych, którzy ucząc się francuskiego poszukują nowych muzycznych inspiracji. No bo ile można słuchać Edith Piaf, Carli Bruni i Jacquesa Brela? Część z czytelników z pewnością już słyszało o tych wykonawcach, a właściwie to wykonawczyniach, bo tak się złożyło, że na liście znalazły się same panie, które zasłużyły sobie na to jakże zaszczytne wyróżnienie przede wszystkim swoimi dość ciekawymi głosami lub przyjemnymi dla ucha aranżacjami instrumentalnymi. Może nie zawsze są to artystki, które skradły moje serce, ale na pewno warto zwrócić na nie uwagę poszukując nowych piosenek do szlifowania francuskiego.

niedziela, 16 marca 2014

Ta Katie t'a quitté, czyli Boby Lapointe i francuskie kalambury językowe.

Założę się, że macie ochotę na piosenkę i trochę gierek słownych. Wspaniale się składa, bo mam tu dla Was coś ciekawego, co może Wam się spodobać, a i przy okazji wywoła wesołe uśmiechy na Waszych twarzach. Przy okazji będzie też okazja, by uzupełnić słownictwo okołoalkoholowe, omówione ongiś we wpisie „Je suis sous...”

Od jakiegoś czasu mój chłopiec przygotowuje serię poważnych artykułów o francuskiej muzyce filmowej, stare kino francuskie jest więc u nas niemal codziennie na tapecie – a dokładniej, na monitorze, bo nie mamy ani tapet, ani rzutnika. Tylko z trudem powstrzymuję się więc przed pisaniem tutaj o kolejnych filmach, w których przewijają się Belmondo, Fanny Ardant, Alain Delon i inni, niegdyś piękni i młodzi aktorzy; muszę jednak wspomnieć o tym, do czego doprowadził mnie seans „Strzelajcie do pianisty” ("Tirez sur le pianiste"). A doprowadził mnie do muzycznego – choć właściwie to nie muzyka ma tu największe znaczenie – odkrycia. Urzekła mnie scena udzielania pomocy w ucieczce i sposobu odwracania uwagi od tego faktu następującą piosenką:



Właściwie to urzekła mnie sama piosenka, która niestety, traci na angielskim tłumaczeniu dostępnym w formie napisów. Zainspirowała mnie ona do poszukiwań informacji na temat tego, kim jest, i co jeszcze ma w swoim dorobku muzycznym Boby Lapointe. Jak się okazało, był to autor tekstów zupełnie w moim guście, słynący z kalamburów, zabaw paronimami i z innych gier słownych, dla których ciężko znaleźć polski odpowiednik.

wtorek, 10 grudnia 2013

Harry Potter i magiczna bagietka, czyli doskonalenie umiejętności praktycznych.

Po raz kolejny przeskoczyłam z fazy podręcznikowo-przybiurkowej do fazy niepodręcznikowo-nieokreślonej i po wspomnianych ostatnio zabawach z gramatyką zrobiłam sobie przerwę od zeszytu i notatek na rzecz... no, tak naprawdę to na rzecz spraw nie związanych bezpośrednio z francuskim i wydawać by się mogło, że moja nauka ponownie przyhamowała. Przemyślałam jednak sprawę i doszłam do wniosku, że może mało się uczę-uczę, ale za to sporo praktykuję. Zamierzam się zatem trochę pochwalić, nie szukajcie więc dziś u mnie porad, praktycznych opinii i kontrowersyjnych tematów do dyskusji (bo nie od dziś wiadomo, że nauka języka to sport kontrowersyjny i konfliktogenny – palenie fiszek przed ambasadami, parady zwolenników i przeciwników uczenia się wielu języków naraz, oblewanie farbą ludzi, którzy zamiast uczyć się w domu zapisali się na kurs, to wszystko zdarza się w prawdziwym życiu). Jeśli zatem ktoś szuka konkretów, to może się srodze zawieść; ale i tak zapraszam do lektury. 

poniedziałek, 30 września 2013

"Mon homme" - Mistinguett (muzyczna kartka na dzień chłopaka)

Założę się, że duża część z Was najprawdopodobniej słyszała już tę piosenkę, gdyż przez lata była ona często i chętnie wykonywana przez różne osoby, zwykle w wersji anglojęzycznej. Ja sama pierwszy raz zwróciłam na nią uwagę w serialu „Boardwalk Empire”, gdzie zaśpiewała ją ulubiona przez mnie Regina Spektor. I do niedawna żyłam w błogiej nieświadomości, iż utwór ów w oryginale wykonywany był po francusku, przez aktorkę i piosenkarkę znaną jako Mistinguett.

Jako że dzisiejsza data nastraja do miłosnych wyznań pod adresem mężczyzn, pozwolę sobie im w szczególności zadedykować to przeurocze tango – dołączając życzenia: by kobiety Waszego życia kochały Was równie mocno... ale mniej bezkrytycznie ;)

piątek, 6 września 2013

Notre Dame de Paris i wybrani Francuzi mojego życia.

Ostatnio cierpię na nadmiar weny, który zmusza mnie do pisania kolejnych notek na bloga i werbalizowania pojawiających się ciągle nowych pomysłów, chociaż jeszcze sporo starych czeka na swój moment. Skoro jednak poprzednio było sporo teoretyzowania i pouczania, to tym razem pora na coś lżejszego – czyli trochę muzyki i literatury, a wszystko przepasane, jakby wstęgą, odrobiną nostalgii i wspomnieniami z dzieciństwa.

Pamiętacie jak to się stało, że spośród tylu języków obcych wybraliście akurat ten jeden konkretny, któremu zaczęliście się poświęcać? Dlaczego właśnie ten, a nie inny kraj i jego kultura wysunęły się na pierwsze miejsce i w którym momencie to nastąpiło? Czasem próbuję odnaleźć w pamięci ten moment, w którym pojawiły się pierwsze przebłyski mojego późniejszego uzależnienia od francuszczyzny i uświadamiam sobie, że na pewno było to bardzo dawno temu, jeszcze w dzieciństwie. Pamiętam, że gdy odbywała się olimpiada w Atlancie (miałam wtedy dziewięć lat), wpadła mi w ucho Marsylianka i potem ciągle męczyłam mamę, żeby mi ją nuciła, a w międzyczasie lepiłam z plasteliny zawodników ozdobionych francuskimi flagami :) Później przy różnych okazjach zawsze chętnie kibicowałam Francuzom, niezależnie od dyscypliny, co może wskazywać na to, że szaleństwo zostało już we mnie zaszczepione. A pewnego dnia zobaczyłam w telewizji Marinę Anissinę i Gwendala Peizerat, jeżdżących na łyżwach do muzyki z Carminy Burany i zakochałam się – prawdopodobnie na równi w tej parze (gdzie ona często podnosiła jego!), i w ślicznym Gwendalu ;) Może nie był do końca w moim typie, ale rekompensował mi to uśmiechem, któremu nie można było się oprzeć. Zaczęłam więc śledzić ich karierę i z ogromną przyjemnością oglądałam ich występy – zwłaszcza te galowe, które odbywały się po zakończeniu kolejnych mistrzostw. I w ten sposób po raz pierwszy usłyszałam o „Notre Dame de Paris”. I właśnie po to był ten długi wstęp – by naprowadzić Was na temat tego musicalu, a wraz z nim na historię pewnego dzwonnika.

czwartek, 11 lipca 2013

(Ne) prends (pas) garde à ta langue.

Od tygodnia konsekwentnie podróżuję tramwajami z piosenkami Zaz w uszach; do tej pory zdarzało mi się jej słuchać od czasu do czasu, ale ostatnio postanowiłam wsłuchać się dokładniej w jej debiutancką płytę, która przypadła mi do gustu przede wszystkim za sprawą żywych, jazzowych aranżacji. I gdy się tak wsłuchiwałam, nadstawiając ucha i próbując zrozumieć o co chodzi, wpadłam na pomysł, żeby spróbować spisać każdą piosenkę, oczywiście bez wcześniejszego zaglądania do tekstu.
Poczuwszy potrzebę jak najszybszego wprowadzenia pomysłu w życie entuzjastycznie zasiadłam do komputera, założyłam słuchawki na uszy, chwyciłam długopis w garść i mając w pamięci całą teoretyczną wiedzę wyniesioną z niegdysiejszych zajęć z fonoskopii (która oczywiście była w tym wypadku prawie nieprzydatna) zabrałam się do pracy. Postanowiłam spisywać po jednej piosence dziennie, żeby móc odpowiednio się przyłożyć i uniknąć przeskakiwania po łebkach do ulubionych kawałków.

poniedziałek, 20 maja 2013

„Je suis sous” - czyli jak to jest być pod wpływem...

Moje rzadkie wizyty na lektoracie bywają mimo wszystko dość owocne i w dodatku budzą we mnie potrzebę podzielenia się tymi owocami z czytelnikami niniejszego bloga. Pominę jednakże pospolite owoce z drzewa subjonctif oraz z drzewa conditionnel, a skupię się na owocach winnego krzewu oraz na skutkach spożywania mocniejszych trunków – czego oczywiście nie robiliśmy na zajęciach, ale o czym dowiedzieliśmy się tego i owego w teorii.

Punktem wyjścia do rozważań o tym, jak powiedzieć, że się jest pod wpływem alkoholu, stanowiła piosenka „Je suis sous” w wykonaniu Claude Nougaro. Wszystkich tych, którym nie wystarcza wyrażenie être ivre” zachęcam do wsłuchania się w słowa oraz dogłębną analizę tekstu.




sobota, 20 kwietnia 2013

Inne koty do bicia i trochę kociej muzyki.




Ostatnio raczej milcząco partycypowałam w okołofrancuskiej blogosferze i nie spisywałam żadnych obszernych przemyśleń i dywagacji, ale to wcale nie dlatego, że się znudziłam i poddałam. Może trochę zwolniłam, ale to dlatego, że miałam inne koty do bicia – z francuska: j’ai eu d’autres chats à fouetter.

niedziela, 3 marca 2013

“Le sommeil est un chemin qui mène à la soupe du lendemain.”


Powyższe zdanie zostało przeze mnie wyrwane z kontekstu, którym jest książka “La Délicatesse” Davida Foenkinosa, a wybrałam je na tytuł niniejszej notki, albowiem urzekło mnie swoim iluzorycznym bezsensem. Jako miłośniczka nasłuchiwania nieskładnych myśli, które kłębią się w głowie tuż przed zaśnięciem lub w trakcie przebudzania, nie mogłam przejść obojętnie obok twierdzenia, że Sen jest drogą, która prowadzi do zupy dnia następnego. Brzmi dziwnie i tajemniczo – dlatego mniejsza o kontekst :)

Jak się można domyślić, zamierzam dziś rozwinąć wątek książek, które udało mi się przeczytać po francusku, a przy okazji wyartykułować kilka ogólnych refleksji na temat czytania w języku, którego dopiero się uczymy.

czwartek, 14 lutego 2013

"7 jours sur la planète" (TV5 MONDE) i co mają do tego spodnie.



Czy wiecie, że zgodnie z literą prawa do niedawna Paryżanki nie mogły nosić spodni? A czy szukacie sposobu na polepszenie swoich (lub cudzych:)) umiejętności rozumienia ze słuchu i poszerzenia zasobu francuskiego słownictwa? Jeśli na pierwsze pytanie odpowiedzieliście „nie” (lub „tak”), na drugie „tak”, „raczej tak” lub „czemu nie”, a dodatkowo lubicie krótkie, niezobowiązujące ćwiczenia, pozwalające na lepsze zrozumienie krótkiego, ciekawego materiału filmowego, to pozwólcie sobie polecić „7 jours sur la planète” emitowany przez TV5 MONDE.

środa, 16 stycznia 2013

Le tourbillon de la vie.



Dzisiejsza notka będzie mieć dość luźny związek z nauką, ale idea zażyłego związku z językiem francuskim zostanie oczywiście zachowana. Chcę bowiem napisać trochę o filmach – a w zasadzie o jednym filmie – i trochę o muzyce – a w zasadzie o jednej piosence.

Jakiś czas temu mój mężczyzna, wielki amator kina, a przy okazji również muzyki filmowej, zaproponował mi obejrzenie paru filmów francuskiego reżysera, który zwie się François Truffaut i znany jest jako jeden z prekursorów tak zwanej nowej fali (La Nouvelle Vague). Jak się można spodziewać, ochoczo przystałam na ten pomysł i to nie tylko dla przyjemności posłuchania, jak aktorzy mówią po francusku, ale też ze snobistycznej potrzeby dokształcenia się z dzieł, które najwyraźniej intelektualny snob powinien znać (zwłaszcza, że się już kiedyś zaczęło zaznajamiać z nową falą za sprawą Godarda) ;) W ten oto sposób w krótkich odstępach czasu obejrzałam „Miłość Adeli H.” (L'Histoire d'Adele H. - o obsesyjnej namiętności córki Victora Hugo do pewnego ślicznego oficera), „Czterysta batów” (Les quatre cents coupe), który szczególnie przypadł mi do gustu, choć jest raczej gorzki mimo iż momentami zabawny, oraz film „Jules i Jim” (Jules et Jim) – o którym to właśnie zamierzam napisać parę zdań więcej.

wtorek, 11 września 2012

Coś o blogasku i o autorce (plus: "Grammaire en dialogues" i Coffee Brak French)

[wstęp, czyli co to i po co to]
Jako że i tak mam za mało czasu, uznałam za stosowne nie tylko spędzać go obrzydliwie dużo na nauce francuskiego, ale również proces tej nauki dokumentować. Żeby wiedzieć, ile mniej więcej czasu na co poświęcam (czyli dla przyjemności obejrzenia sobie statystyk), żeby zrobić zestawienie i opisy wszelkich źródeł, z których się uczę i żeby podzielić się swoją metodą nauki z innymi zapaleńcami :)
Myślę, że znajdą się tu również przydatne wskazówki dla tych, którzy francuskiego uczą się sami.