sobota, 20 kwietnia 2013

Inne koty do bicia i trochę kociej muzyki.




Ostatnio raczej milcząco partycypowałam w okołofrancuskiej blogosferze i nie spisywałam żadnych obszernych przemyśleń i dywagacji, ale to wcale nie dlatego, że się znudziłam i poddałam. Może trochę zwolniłam, ale to dlatego, że miałam inne koty do bicia – z francuska: j’ai eu d’autres chats à fouetter.

wtorek, 26 marca 2013

Dwie Francuzki dla początkujących.



Któregoś razu przeglądając statystyki bloga odkryłam, że został on wyszukany za pomocą frazy „Francuzki dla początkujących”. Rozbawiona tą literówką zapytałam mojego mężczyznę, czy przychodzą mu do głowy jakieś ładne Francuzki, które poleciłby początkującym amatorom kobiecej urody, zaś on bez wahania wskazał na Isabelle Adjani. Cóż, ten wybór nie był dla mnie zaskoczeniem, znając upodobanie mojego chłopca do aktorek o wielkich oczach i twarzach niewiniątek :) Sama zresztą, podczas seansu „Królowej Margot” czy „Miłości Adele H.” też byłam pod wrażeniem tej gładkiej buzi i niebieskich oczek, natomiast parę dni temu, widząc ją w roli Camille Claudel (w filmie o takim samym tytule) utwierdziłam się w przekonaniu, że świetnie wczuwa się w postaci kobiet balansujących na granicy obłędu – czy nawet przekraczających tę granicę.

poniedziałek, 18 marca 2013

Alter Ego (Hachette) - czy nadaje się do samodzielnej nauki?



[Niemerytoryczny wstęp]
Przez ostatni tydzień mój kontakt z francuskim został zredukowany praktycznie do zera, albowiem spędziłam go z dala od książek, Internetu i, niestety, Francuzów. Zamiast tego wokół mnie rozpanoszyli się nieco jazgotliwi Katalończycy, a ja sama z entuzjazmem korzystałam z uroków wiosennej Barcelony. No, nie do końca sama, bo z chłopcem, który z jeszcze większym entuzjazmem kibicował na żywo swojej ulubionej drużynie piłkarskiej. Jako że nie jestem fanką piłki nożnej, ja akurat bardziej cieszyłam się z urokliwych widoków, słońca i dobrego jedzenia i tylko cichutko tęskniłam za bardziej zrozumiałym językiem niż hiszpański albo kataloński. Ten ostatni zresztą – obserwowany w różnego rodzaju napisach w metrze, restauracjach itp. – czasem wydawał się nieco podobny do francuskiego, nie na tyle jednak, by ustrzec mnie przed zamówieniem na obiad wątróbki (cóż, sama chciałam mieć niespodziankę). Poza tym mieszane uczucia wzbudził we mnie fakt, że pozapominałam mnóstwo angielskich słówek i odruchowo próbowałam je zastępować francuskimi (dlatego np. zanim zdążyłam sobie przypomnieć, jak jest un tire-bouchon po angielsku i wyruszyć na poszukiwania, chłopiec zdążył wepchnąć korek od wina do butelki:)). W związku z tym obecnie czuję się zmotywowana do wzięcia się od nowa za mój angielski, mimo iż co do zasady jestem zwolenniczką uczenia się tylko jednego języka na raz. Póki co próbuję jednak na nowo wkręcić się we francuski, zwłaszcza że moją pamiątką przywiezioną z wakacji jest kolejna książka po francusku („Bel-Ami”, albowiem Maupassant od dawna czeka na zapoznanie się z nim). Swój powrót rozpoczęłam od zrobienia zatrważającej ilości nagromadzonych przez tydzień powtórek słownictwa z Profesorem Pierrem, a także podjęcia niedokończonej lekcji z podręcznika Alter Ego. I o tym podręczniku właśnie chciałabym napisać parę słów.

niedziela, 3 marca 2013

“Le sommeil est un chemin qui mène à la soupe du lendemain.”


Powyższe zdanie zostało przeze mnie wyrwane z kontekstu, którym jest książka “La Délicatesse” Davida Foenkinosa, a wybrałam je na tytuł niniejszej notki, albowiem urzekło mnie swoim iluzorycznym bezsensem. Jako miłośniczka nasłuchiwania nieskładnych myśli, które kłębią się w głowie tuż przed zaśnięciem lub w trakcie przebudzania, nie mogłam przejść obojętnie obok twierdzenia, że Sen jest drogą, która prowadzi do zupy dnia następnego. Brzmi dziwnie i tajemniczo – dlatego mniejsza o kontekst :)

Jak się można domyślić, zamierzam dziś rozwinąć wątek książek, które udało mi się przeczytać po francusku, a przy okazji wyartykułować kilka ogólnych refleksji na temat czytania w języku, którego dopiero się uczymy.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Przerwy w nauce – czyli jak się zatrzymać, żeby się nie stoczyć.



Bywa i tak, że myśl o sięgnięciu po podręcznik nagle z jakiegoś powodu staje się wyjątkowo niemiła, a pomysł otwarcia zeszytu i zagłębienia się w gramatykę napawa niewysłowioną odrazą. Cóż wtedy począć? Uczyć się, czy się nie uczyć? A może by tak odłożyć to na później?

Od dawna na własnej skórze próbuję ustalić, jak uczyć się najefektywniej. Nie tylko z jakich materiałów korzystać, ale też z jaką częstotliwością zasiadać do książek i jak intensywnie się nad nimi pochylać  - oczywiście mój kręgosłup ma własne zdanie na ten temat. Wydaje mi się, że jak na razie mój sposób się sprawdza, gdyż widzę, jak duże postępy poczyniłam przez ostatnie jedenaście miesięcy (tak, tak, odliczam czas do magicznej bariery jednego roku, która oczywiście nic nie zmieni, ale na pewno stanie się swoistym punktem odniesienia); dlatego też przedstawię parę moich przemyśleń na temat ilości czasu spędzanego nad francuskim oraz – co właściwie zaprząta moją głową bardziej – czasu spędzanego w inny sposób.

czwartek, 14 lutego 2013

"7 jours sur la planète" (TV5 MONDE) i co mają do tego spodnie.



Czy wiecie, że zgodnie z literą prawa do niedawna Paryżanki nie mogły nosić spodni? A czy szukacie sposobu na polepszenie swoich (lub cudzych:)) umiejętności rozumienia ze słuchu i poszerzenia zasobu francuskiego słownictwa? Jeśli na pierwsze pytanie odpowiedzieliście „nie” (lub „tak”), na drugie „tak”, „raczej tak” lub „czemu nie”, a dodatkowo lubicie krótkie, niezobowiązujące ćwiczenia, pozwalające na lepsze zrozumienie krótkiego, ciekawego materiału filmowego, to pozwólcie sobie polecić „7 jours sur la planète” emitowany przez TV5 MONDE.

niedziela, 3 lutego 2013

Moje francuskie lektury - preludium.



Całkiem niedawno udało mi się przeczytać książkę. Nie, żeby zdarzało mi się to jakoś wyjątkowo rzadko, więc teoretycznie nie ma się czym ekscytować – ale jednak troszkę się podekscytowałam, ponieważ książka ta była napisana po francusku. Nie był to póki co Proust ani nawet Balzac, przyznaję, niemniej jednak i tak poczułam pewną satysfakcję, no bo w końcu był to mój pierwszy raz sam na sam z literaturą w języku Moliera. Oczywiście, nie był to również Molier. Na pierwszy ogień poszedł natomiast znany wszystkim uroczy łobuziak czyli „Le Petit Nicolas”.